Członkowie Oddziału

Rzeszów

Preambuła statutu ZLP


Związek Literatów Polskich jest zawodową organizacją pisarzy. Jego członkowie, w swojej twórczości i działalności, nawiązują do humanitarnych tradycji myśli ogólnoludzkiej, które w kulturze polskiej zawsze były zespolone z troską o dobro kraju i narodu. Kontynuacja tych tradycji oraz wszechstronny rozwój współczesnej literatury polskiej stanowią przedmiot starań i pracy wszystkich członków i władz Związku Literatów Polskich.



Związek Literatów Polskich

Menu

RYSZARD HOP



Ryszard Hop

Urodzony w 1959 r. w Birczy. Z wykształcenia fizyk. Pracował w różnych zawodach, ale najdłużej był nauczycielem. Pisze powieści i opowiadania, a niekiedy wiersze, felietony i scenariusze filmowe. Laureat konkursów literackich. Prace publikował w prasie ogólnopolskiej i regionalnej oraz w wydawnictwach książkowych.

Za powieść «Zaplątane anioły» otrzymał «Złote Pióro», nagrodę ZLP O/Rzeszów za 2011 r. w kategorii proza.


Wydane książki:

•  Nieznany uczeń Jezusa — powieść, WAM, Kraków 2002
•  Jan z Zapyziału — antologia opowiadań, Wejherowo 2005 (wspólnie z innymi autorami)
•  Złote jabłka Kaina — powieść, POMOC, Częstochowa 2010
•  Zaplątane anioły — powieść, SALWATOR, Kraków 2011
•  Uskrzydlone słowa Papieża Polaka — zbiór aforyzmów, WDR, Włocławek 2011
•  Polowanie na myśliwego — powieść, BELLONA, Warszawa 2013


Kontakt elektroniczny

z.skarabeusz@gmail.com



Fragmenty prozy

Ryszard Hop
Polowanie na myśliwego

fragment powieści

Rozdział 1

Ryszard Hop, Polowanie na myśliwego

P

ogoda dla myśliwego może być tylko dobra lub bardzo dobra. Złej pogody dla myśliwego po prostu nie ma. Natalia Haber znała to powiedzenie swojego męża, dlatego nie przeszkadzała mu w przygotowaniach do polowania. Za oknem trzymał kilkustopniowy mróz, padał śnieg i wiał mocny wiatr, chociaż dopiero zaczął się listopad.

Zanim Jarosław Haber zrobił poranną toaletę, na kuchennym stole czekało już parujące śniadanie: kawa, jajecznica, razowy chleb i konfitury z derenia.

— Dziękuje kochanie — powiedział wchodząc do kuchni i przynosząc ze sobą zapach wiatru wymieszany z zapachem wody kolońskiej i pasty do zębów.

— Jarek, może byś dzisiaj odpuścił? Taka przecież zawierucha. Polowanie może odbyć się bez ciebie, jesteś przeziębiony — mówiła Natalia bez przekonania, patrząc jak mąż w pośpiechu niemal połyka śniadanie.

— Niestety, nie może się obejść beze mnie, kochanie. Jestem jednym z organizatorów. A poza tym, kto będzie grał sygnały na trąbce?

— Niepokoję się o ciebie, Jarek. Szczególnie po tym, jak przyszedł ten anonim, że oni mogą tobie coś zrobić.

— Nie przesadzaj, kochanie. Jestem przecież kierownikiem straży leśnej. Muszę od czasu do czasu przegonić kłusowników albo złodziei drewna. Zrozum, to mój zawód. Ale nie masz się czego bać, naprawdę. Cóż oni mogą mi zrobić — bagatelizował sprawę Haber i uśmiechał się uspokajająco do żony.

— No, chodźmy teraz do Justynki, bo już muszę lecieć.

W pokoju dziecinnym na niskim tapczaniku spała trzyletnia dziewczynka. Haber pocałował ją w czoło. Przytulił i ucałował żonę.

— Ne obawiaj się Natalko, na obiad będę z powrotem. No, mogę się spóźnić godzinę lub dwie, ale nie więcej.

Natalia Haber z niepokojem patrzyła jak ten wysoki, czarnowłosy mężczyzna, o wiecznie śmiejących się niebieskich oczach, który od pięciu lat był jej mężem, pakował do samochodu ekwipunek myśliwski i pomachawszy jej ręką, odjechał swoim terenowym oplem. Dzisiaj miała szczególnie niepokojące przeczucia. A jej przeczucia sprawdzały się zbyt często.

(...)



Fragmenty prozy

Ryszard Hop
Coś w człowieku

opowiadanie


H

ubert Malewski wyszedł z pracy zadowolony. Pomimo znużenia i bólu gardła cieszył się z tego, że dzięki niezliczonym rozmowom telefonicznym, jakie dzisiaj przeprowadził, udało mu się zdobyć zamówienia na ponad dziesięć procent miesięcznej produkcji firmy, w której pracował. Niestety, jego satysfakcja rozwiewała się niczym dym w wietrznym powietrzu, kiedy szedł ulicami miasteczka i z coraz większym zdumieniem patrzył, jak znajomi odwracają się od niego, jak udają, że go nie widzą, a najbardziej bezczelni zupełnie nie kryjąc się, mijają go bez słowa i spluwają ze zgorszeniem.

Wiedział oczywiście, dlaczego się tak dzieje, ale ta świadomość nie zmniejszała przykrości, bo nie potrafił przypomnieć sobie chwili, w której on zrobiłby cokolwiek złego tym ludziom. Niektórym z nich nawet pomógł, i to zupełnie bezinteresownie.

Po raz pierwszy podobnych zdarzeń doświadczył przed czterema laty. Namówiony przez rodzinę, zdecydował się wziąć udział w wyborach do samorządu terytorialnego.

— Ja myślę, że nie powinieneś się wahać — mówiła siostra Matylda — Jesteś przecież wykształcony, potrafisz spojrzeć na problemy ze strony prakseologicznej i ekonomicznej. Ludzie ciebie znają. Dlaczego miałbyś nie spróbować?

Hubert Malewski w wyborach wystartował i je przegrał. Dopiero później dowiedział się dlaczego. Otóż na jakieś dwa tygodnie przed wyborami, w zakładzie, w którym pracował, ktoś ukradł kilkaset złotych sekretarce. Dziwnym trafem podejrzenie padło na Huberta. I chociaż on o niczym nie wiedział, bo nikt nie przedstawił mu najmniejszych zarzutów, to w krótkim czasie zrobiono z niego największego złodzieja na całą okolicę.

Widocznie teraz sytuacja się powtarza. Gdyby nie postanowił wystartować w wyborach po raz drugi, to zapewne te oraz inne nieprzyjemności, które z pewnością nastąpią, nie spotkałyby go. Klamka jednak zapadła i dlatego osobnicy zasiadający na intratnych stołkach, zrobią wszystko, ażeby nie było szans na żadne zmiany.

— „Boże, jaki to naiwny naród! — myślał Hubert — Uwierzą we wszystko, cokolwiek by na kogoś powiedzieć, byleby to było dostatecznie podłe i uwłaczające. Muszę dowiedzieć się, co tym razem na mnie zmyślono, skoro te bezmózgi na mój widok plują. Ale gdzie są ludzie uczciwi, zdolni do pomyślenia własnym rozumem, krótko mówiąc — dobrzy? Trudno przypuścić, żeby ich tu zupełnie nie było. Na pewno są, ale wygląda na to, że gdzieś się poukrywali…”.


T

akie rozmyślania towarzyszyły mu w drodze do domu. Ocknął się dopiero pod drzwiami mieszkania. Otrzepał ubranie z ulicznego kurzu, a głowę ze złych myśli. Dopiero wtedy wszedł do środka tak, jak każdego dnia: z uśmiechem na ustach, pozostawiając na progu wszystkie niezwiązane z rodziną problemy.

— Mówiłam ci rano, żebyś wziął parasol — powiedziała jego żona, Karolina, patrząc na jego przemoczone ubranie.

— To nie jest żaden deszcz, ot zwykła mżawka. Nie ma na co zwracać uwagi.

Podczas obiadu dowiedział się, że na dwóch zębach jego najmłodszej córki, Marysi, pojawiły się próchniczne skazy. Postanowili niezwłocznie rozpocząć leczenie.

— Hubert, czy mi się tylko wydaje, czy ty naprawdę jakiś smutny jesteś? — zapytała Karolina, kiedy jechali z dzieckiem do dentysty w sąsiednim miasteczku.

— Ależ zupełnie nie ma o czym mówić — Hubert uśmiechnął się uspokajająco do żony i córki — To tylko ta chmurzasta pogoda tak mnie poważnie nastraja.


D

zień rzeczywiście nie był piękny: pochmurny, chłodny, siąpiący nieprzyjemnym kapuśniaczkiem. Hubert Malewski zostawił żonę i córkę w gabinecie stomatologa, a sam pojechał do supermarketu. Potem jeszcze wstąpił na pocztę, ażeby zapłacić comiesięczne rachunki.

— Mówiłem panu, że suma należności za czynsz, prąd i gaz wynosi siedemset osiemdziesiąt jeden złotych, a pan mi daje pięć dwusetek, czyli tysiąc złotych — powiedział zdziwiony kasjer w okienku — Proszę trzymać te dwieście, a pozostałe dziewiętnaście zaraz wydam.

— Dziękuję panu i przepraszam; widocznie banknoty się skleiły — powiedział zmieszany Malewski i schował resztę do niemal pustego portfela.

Dopiero odchodząc od okienka, pojął, czego był mimowolnym współsprawcą i świadkiem. Niedawno zastanawiał się gdzie się podziali normalni ludzie…. A oto wygląda, że ma przed sobą jednego z tych dziesięciu, których zabrakło w Sodomie.

Usiadł przy stoliku, bo właśnie przypomniał sobie, że ma jeszcze wysłać należność za książkę zakupioną na Allegro. Wypełniając przekaz przyglądał się kasjerowi. Był to niewysoki, młody, ciemnowłosy mężczyzna. Spokojnie siedział przy swoim biurku za szybą i oczekując na klientów, nieśpiesznie jadł kanapkę i popijał herbatą z termosu. Jego okrągła twarz wyglądałaby niemal dziecinnie, gdyby nie dodawały jej powagi starannie wypielęgnowane, czarne jak tusz do drukarki wąsiki.

Hubertowi zrobiło się lżej na duszy, wydawało mu się, że świat jakby poweselał, a jego przygnębienie gdzieś znikło. Kiedy wyszedł na zewnątrz, odruchowo spojrzał w niebo i od razu dostrzegł powiększający się jasny obszar pomiędzy nabrzmiałymi deszczem chmurami.

Ale do pełni szczęścia brakowało mu odpowiedzi na nurtujące pytanie: Jaką to rewelację o nim rozpowszechniają wśród ludzi jego prześladowcy?


T

ak się złożyło, że na odpowiedź nie musiał czekać długo. Już następnego dnia z samego rana dyrektor zakładu, Julian Dworak, wezwał go do swego gabinetu i po kilku grzecznościowych formułkach zapytał wprost:

— Czy to pan, panie Hubercie, napisał na mnie donos do urzędu skarbowego i do prokuratury?

— Donos!? Pan sobie żartuje, panie dyrektorze? Ja w życiu nie napisałem donosu. Takie metody są mi najzupełniej obce.

— Dowiedziałem się również, że nie tylko na mnie pan doniósł, ale też na wszystkie znaczniejsze osoby w naszym mieście — mówił Dworak dziwnie się uśmiechając.

— To jakaś paranoja! Musiałbym być zupełnie głupi, aby coś takiego zrobić. Ja domyślam się czyja to może być sprawka. Wie pan, że startuję w wyborach? Widocznie któryś z moich konkurentów preparuje na mnie oszczerstwa.

— Teraz takie zabiegi nie są już uważane za oszczerstwa. To po prostu czarny pijar, niegroźny i zupełnie nie podpadający pod wykaz przykazań czy grzechów.

— Jeśli jakaś kobieta powie nieprawdziwie na drugą, że ta się źle prowadzi, to mamy do czynienia z oszczerstwem; a jeśli ktoś bezpodstawnie nazywa innego złodziejem i donosicielem, to jest to czarny pijar, tylko dlatego, że chodzi o zdobycie władzy?

— Takie mamy czasy, panie Hubercie, ale proszę się nie ekscytować — powiedział uspokajająco Dworak — Na szczęście wiemy, że to nie pan. Analiza grafologiczna nie potwierdziła autentyczności rzekomo pańskich podpisów na donosach. Mówię panu o tym, aby pan wiedział, co w trawie piszczy.

— Dziękuje, panie dyrektorze. Jednak… pomimo wszystko, nie potrafię sobie wyobrazić, jak ktoś może robić takie rzeczy, a później żyć spokojnie, jakby się nic nie stało.

— Niestety, jest coś takiego w człowieku, co pozwala mu robić nie tylko takie rzeczy, ale i nieporównywalnie gorsze.

— Co to jest takiego?

— Na to pytanie, panie Hubercie, każdy musi znaleźć odpowiedź sam.



Fragmenty prozy

Ryszard Hop
Prezent urodzinowy

opowiadanie


P

iętno jesiennej urody emanowało jeszcze z twarzy Anny. Jej wychudłe policzki i pierwsze zmarszczki na czole rekompensowały skutecznie oczy. Oczy jej nie były duże, barwy z pogranicza amarantu i zieleni, błyszczały nieokreślonym, wewnętrznym światłem.

Siedziała na sofie w pokoju sypialnym, słuchając muzyki zerkała od czasu do czasu na zegar i oczekiwała niecierpliwie powrotu męża. Miała dla niego podwójnie przykrą nowinę. Po pierwsze była u innego lekarza, a po drugie: diagnoza jej męża okazała się fałszywą.

Mąż Anny — Bernard był znanym lekarzem. Przed kilkoma miesiącami, kiedy to zaczęła się choroba Anny, Bernard — po zbadaniu jej — orzekł, że jest to niegroźny rodzaj anemii. Przyniósł jej lekarstwa, zalecił więcej ruchu i od tamtego czasu nie wracał już do tego tematu.

Anna czuła się jednak coraz gorzej. Poszła do wybitnego specjalisty chorób wewnętrznych. Lekarz ów, po przeanalizowaniu wyników badań, dzisiaj określił jej chorobę. Otóż stan jej był poważny. Wymagała natychmiastowego leczenia w szpitalu. W przeciwnym wypadku groziła jej stuprocentowa białaczka.

— Jak mu o tym powiedzieć? — rozmyślała — Obrazi się? A może będzie miał wyrzuty sumienia?

Ciągle jeszcze kochała Bernarda, mimo dwudziestoletniego pożycia i mimo tego, że właśnie z jego powodu nie mogła mieć dzieci. Poznali się w czasie studiów w Krakowie. Zaszła w ciążę, a on zmusił ją do usunięcia. Teraz żyła cicho, prowadząc dom, czytając i oczekując powrotu męża z pracy. Żyła muzyką i marzeniami.

Wrócił późnym wieczorem. Pachniał lekko alkoholem i kobiecymi perfumami. Mawiał zazwyczaj, że to są perfumy jego pacjentek.

— Dobry wieczór kochanie! — powiedział — Byłem z Cześkiem. Omawialiśmy strategię trudnego leczenia. Przepraszam, że czekałaś z kolacją.

Czesław był ordynatorem w szpitalu. Przyjaźnili się z Bernardem od lat. Anna dziwiła się trochę, że nie omawiali wspólnych problemów leczenia pacjentów jak dawniej — w ich domu. Myślała, że to ma związek z jej chorobą.

Kiedy mieli udać się już na spoczynek, Bernard przyniósł na srebrnej tacy dwie kryształowe lampki pełne czerwonego wina.

— Wypijmy przed snem, Aniu.

— Co? A tak! — Anna ocknęła się zamyślenia. — Dziękuję ci bardzo, jednak dzisiaj nie mogę. Ale proszę, wypij za moje zdrowie.

Anna nie wiedziała jak powiedzieć mężowi, że inny lekarz kategorycznie zabronił jej picia alkoholu.

Bernard wypił i pocałował ją w policzek, ona pogładziła go po włosach.

— Wypij jeszcze moją — zaproponowała.

Bernard wziął drugą lampkę, ale po chwili odstawił ją na tacę leżącą na stole. Anna siedziała odwrócona plecami do stołu, patrzyła przed siebie, umysł jej gorąco pracował nad najłagodniejszym sposobem przekazania mężowi niewesołej nowiny. Zdecydowała się i już miała otwierać usta, ale jej wzrok padł na ekran telewizora, który nie był włączony. W ekranie, niczym w zniekształcającym lustrze, odbijał się cały pokój. Zobaczyła jak Bernard przewraca ręką kieliszek z winem przeznaczonym dla niej.

— Och przepraszam — rzekł — niechcący przewróciłem go rękawem szlafroka.

Ażeby nie płakać, Anna z całej swej psychicznej siły wsłuchiwała się w płynące z głośników divertimento Mozarta. Smyczki orkiestry niczym noże kroiły jej serce…


G

dy, parę dni później, Bernard znowu zadzwonił z pracy, że musi zostać do wieczora, Anna natychmiast wykręciła numer wypożyczalni samochodów. O czwartej, kiedy zazwyczaj kończył pracę, czekała w pewnym oddaleniu przed bramą szpitala. Powoli ruszyła za nim wypożyczonym fiatem punto, gdy wsiadał do ich mercedesa.

Zatrzymał się przed hotelem Holiday. Po kilku minutach z taksówki wysiadła młoda dziewczyna. Przez starą, teatralną lornetkę Anna widziała dokładnie jak Bernard wyskoczył z samochodu. Jak zachłannie pocałował ją na powitanie. Trzymając się za ręce, weszli do hotelowej restauracji.

Anna już nie płakała. Po prostu żarówka nie świeci, kiedy przepali się wolframowe włókno.


B

ernard kończył czterdziesty piaty rok życia. Przyjęcie urodzinowe rozwijało się świetnie. Przed chwilą Czesław wygłosił krótkie przemówienie. Solenizant jednym dmuchnięciem zgasił wszystkie świeczki na torcie, a goście — kilku znajomych lekarzy z żonami — owacyjnie odśpiewali „sto lat”.

Nastąpiła chwila wręczania prezentów. Bernard przyjmował je z uśmiechem, mężczyznom uściskał dłonie, a kobietom całował. Anna wręczyła mężowi rzeźbioną, mającą z pół metra długości, brązową fajkę, a także paczkę hawańskiego tytoniu.

— Dziękuję, kochanie — rzekł Bernard rozanielony. — Co za wspaniała fajka! Zaraz ją zapalę.

— Zdrowie pani domu! — krzyknął młody stażysta Robert i wstał z kieliszkiem w dłoni.

Towarzystwo spełniło toast ochotnie. Solenizant zaś nabił fajkę tytoniem i zapalił. Aromatyczny dym wypełnił mieszkanie. Bernard pykał z lubością i przysłuchiwał się rozmowie. W pewnej chwili stało się z nim coś dziwnego. Jakby ktoś złapał go za głowę i potrząsał z ogromną siłą, pobladł straszliwie, następnie twarz jego stała się czerwona. Fajka wysunęła mu się z ust. Upadając przewrócił stolik z trunkami.

Przyjaciele rzucili się go ratować. Karetka reanimacyjna przyjechała po kilkunastu minutach. Niestety, już za późno. Sekcja nie wykazała wyraźnego zawału czy wylewu.

— Najprawdopodobniej to był udar mózgu — orzekł ordynator, który osobiście przeprowadzał sekcję zwłok. — Nasz przyjaciel prowadził bardzo „eksploatujący” tryb życia — dodał z przekąsem.


K

iedy wyniesiono Bernarda, goście zaszokowani powychodzili co prędzej uspokajając Annę zdawkowymi słowami. Ona zaś rozpaliła ogień w kominku, nalała sobie lampkę martini i pilotem włączyła odtwarzacz kompaktowy. Pokój zalała fala potężnej muzyki Mozarta.

Anna wrzuciła fajkę do ognia. Z torebki wyjęła drugą, identyczną. Oblała ją winem i położyła na miejscu tej, która wypadła z ust Bernarda. Fajka wrzucona do ognia płonęła szybko, po chwili zaczęła pękać. Z jej wnętrza wysypała się duża ilość cieniutkich krążków. To było sto miniaturowych bateryjek do zegarków. Połączone szeregowo stanowiły baterię o średnicy ołówka długości kilkunastu centymetrów. Taka baterię, dającą napięcie sto pięćdziesiąt woltów, Anna ukryła w grubym cybuchu fajki i połączyła z dwiema miedzianymi blaszkami wkomponowanymi w ustnik. Najwięcej problemów sprawiło jej opóźnienie działania tej piekielnej fajki. I z tym jednak się uporała. Ukończyła przecież kiedyś politechnikę.

Na roztrzęsione dłonie Anny, w takt rozkołysanych wiolonczel, padały łzy. W blasku kominka wyglądały klejnociki cicho zsuwające się na dywan i ginące w jego splotach.



Fragmenty prozy

Ryszard Hop
Złote jabłka Kaina

Początek powieści

Oto teatr życia
I role dwie możliwe
Kaina lub Abla

P r o l o g


Ryszard Hop, Złote jabłka Kaina

N

ad bieszczadzką połoniną gasł kolejny dzień maja. Drzewa i krzewy, nasycone promieniami słońca, trwały w oczekiwaniu na przynoszącą wytchnienie anestezję nocy. W gorącym powietrzu harcowały jeszcze pojedyncze ptaki chwytając muchy w karkołomnych, furkotliwych pościgach. Zdecydowana większość skrzydlatej społeczności już wcześniej zaspokoiła głód, a teraz rozlokowana w gałęziach jodeł, sosen, buków, modrzewi, jaworów czy dębów, rozpoczynała przedwieczorny koncert tak nasycony radosnym kląskaniem, świstaniem i ćwierkaniem, że słuchającemu dźwięczało w uszach jakby za sznury setek dzwonów pociągano gdzieś za siódmą górą. Od czasu do czasu ponad te wszechobecne trele wybijało się sugestywne kukanie kukułki zadowolonej z udanego podrzucenia własnego jajka do cudzego gniazda.

W niższych partiach pofałdowanych wzgórz, tworzących jary, parowy i rozleglejsze doliny, powoli gęstniał mrok, a potoki i rzeczki spływające po ich dnach ku Sanowi, w spokojniejszych miejscach okrywały się gęstniejącymi kołderkami mgły. Również sarny, jelenie i dziki napiwszy się wody, dreptały po zagajnikach w poszukiwaniu bezpiecznego legowiska, strasząc i przeganiając jeże, zające i lisy.

W siedzibach ludzi, skupionych w najdogodniejszych miejscach dolin, trwały prace ostatniego etapu dnia oraz przygotowania do nocnego spoczynku. Traktory zjeżdżały z pól, zapędzano bydło do obór, a krzyki gęsi, kaczek i kur mieszały się z głosami spikerów i aktorów wydobywających się z głośno nastawionych odbiorników telewizyjnych. Wzdłuż dróg rozbłyskały lampy halogenowe uruchamiane automatami zmierzchowymi.


N

a jednej z takich dróg, pokrytej asfaltem, ale wąskiej i zniszczonej, niespodziewanie pojawił się dziwny wehikuł. Z daleka przypominał miniaturowy parowóz bez wagonów. Dopiero, gdy wjechał w jaskrawy krąg światła latarni stojącej nad drogą, okazało się, że jest to mężczyzna na wózku inwalidzkim.

Energicznie, ale z widocznym wysiłkiem, napędzał rękami koła swojego pojazdu. Wózek szarpanym ruchem poruszał się wzdłuż wznoszącej się jezdni, ale niekiedy zjeżdżał w dół metr lub dwa pod wpływem własnego ciężaru. Na szczycie wzniesienia mężczyzna zatrzymał wózek tuż przy latarni, wstał opierając się na aluminiowej kuli, ale nie mógł zrobić najmniejszego kroku, bo mięśnie nóg mu zdrętwiały. Ostrożnie przenosił ciężar ciała z jednej nogi na drugą, aż krew z powrotem zaczęła krążyć w żyłach. Wtedy zapalił papierosa, a z torby przytroczonej do wózka wyjął napoczętą butelkę wódki i pociągnął z niej solidnie.

Po chwili alkohol przyjemnie rozprzestrzenił się w jego ciele i odpędził niezrozumiały, dziecinny strach przed kontynuowaniem jazdy nieoświetlonym, leśnym odcinkiem drogi.

Ruszył powoli, hamując w razie potrzeby. Na szczęście droga aż do samego Ośrodka Rehabilitacji Zwyrodnień Kręgosłupa nie wiodła nigdzie pod górę, lecz łagodnie opadała. Teraz nie potrzebował obracać kołami; ale musiał uważać na głębokie dziury w nawierzchni. Rozglądając się niespokojnie na ciemniejące drzewa coraz bardziej zagłębiał się w lesie.

Pomimo gorącego dnia, wieczór wydawał się zimny, a nawet bardzo zimny, zważywszy na gęsią skórkę tworzącą się na rękach i plecach mężczyzny. O tym, że źródłem jego dreszczy nie jest chłód, przekonał się za późno, bo dopiero wtedy, gdy dostrzegł w zaroślach szybko poruszający się długi cień, który rozbłyskał dwoma jasnymi punktami odbijającymi światło księżyca.

— Jezu, to wilk?! — wykrzyknął osłupiały mężczyzna.

Była to koszmarna prawda, niestety. Olbrzymi basior wyskoczył z krzaków i w kilku susach dopadł wózka. Mężczyzna próbował dźgnąć go kulą, ale zwierz złapał w zęby metalową rurkę i szarpnął z taką siłą, że wyrwał człowieka z wózka, który ukośnie przejechał drogę i kilkanaście metrów niżej stoczył się do rowu.

Mężczyzna upadł na drogę uderzając o asfalt głową, ale zaraz się zerwał i klęcząc, bo bez kuli nie był w stanie utrzymać się na nogach, szukał czegoś do obrony. Na drodze nie było większego kamienia, ani kija, ale na poboczu leżała torba, która wypadła z wózka. Nieznajomy rzucił się do niej, bo miał tam kilka butelek wódki; niestety, wszystkie były rozbite. Tylko szyjki, zakończone ostrymi fragmentami szkła, jako tako nadawały się do obrony. Mężczyzna złapał dwie w drżące ręce i wyciągnął w kierunku wilka, który wydostawszy się z rowu, gdzie skoczył za wózkiem, zbliżał się groźnie powarkując. W otwartej paszczy zwierza bielały zęby, a z języka ściekał mu strumyczek śliny…


N

ad lasem i drogą rozpościerał się piękny, baśniowy wieczór. Turecki sierp księżyca, oprószony gwiazdami, płynął po ciemnym niebie i rozsiewał naokoło srebrzystomiedziane światło. W hipnotycznej iluminacji las wyglądał niemal pastoralnie, ale sielankę psuła scena na drodze, zastygła w swej tajemniczej, absurdalnej makabryczności.

Gdyby przydrożne osty zamiast kwiatowych koszyczków miały oczy, to z pewnością przecierałyby je ze zdumienia patrząc na mężczyznę znieruchomiałego na żwirowym poboczu. Kilka metrów niżej, w głębokim rowie leżał przewrócony wózek, który niedawno musiał tam upaść, bo jedno z kół obracało się jeszcze pobłyskując chromoniklową felgą. Z rozszarpanego gardła mężczyzny sączyła się strużka krwi i ściekała pomiędzy kamyki żwiru, tworząc tam pęczniejącą kałużę. Obok stał wilk cicho powarkując i strzygąc uszami. Było to wielkie, stare wilczysko; zaskorupiałe rany na jego szarym futrze mogły świadczyć o tym, że przegrawszy walkę o dominację w stadzie z silniejszym pretendentem, usiłował przeżyć polując samotnie.

Człowiek już nie poruszał się, toteż wilk, uznawszy swój atak za zakończony powodzeniem, opuścił ogon i zbliżył się do zdobyczy. Długo obwąchiwał leżącego, a potem zacisnął paszczę na jego ubraniu próbując rozerwać nieznany sobie rodzaj skóry. Ciało mężczyzny pod wpływem energicznych szarpnięć podrygiwało niczym ogromna, szmaciana lalka. W końcu materiał koszuli pękł ukazując wychudzoną klatkę piersiową i zapadnięty brzuch. Drapieżnik podniósł głowę jakby rozczarowany, a kiedy liznął krwi płynącej z gardła ofiary, odskoczył w bok, roztworzył pysk i wysunąwszy język szorował nim po wilgotnej trawie pragnąc pozbyć się niepojętego smaku.

Wyglądało na to, że pierwszy raz w życiu spróbował alkoholu w krwi pijanego człowieka.

Kiedy zaskoczenie minęło, wilk jeszcze raz okrążył niejadalną zdobycz, a potem wzniósł łeb do księżyca i zawył: Uuuuuu! Uhuuuuu....! Fala przeciągłych niskich dźwięków daleko niosła w usypiającym lesie, wywołując trzepoty, szmery i trzaski łamanych gałązek, spowodowane przez rozbudzone zwierzęta pragnące ukryć się lepiej.

Iskierka życia tliła się jeszcze w sercu mężczyzny; usłyszawszy to przejmujące, straszne wycie, otworzył oczy. Właściwie otworzył jedno oko — lewe, bo prawe było całkowicie zalane krwią. Nie miał już siły, aby poruszyć nawet palcem.

Nieskończony majestat emanował z bezgranicznych, kosmicznych przestrzeni. Mężczyzna zapragnął pomodlić się do Boga, ale nie miał śmiałości, bo nie pamiętał o Nim przez większą część swojego życia. Patrząc na wspaniałą kopułę nieba, świecącą miliardami galaktyk, wykrzywił wargi w pogodzonym, zastygającym uśmiechu.

(...)



 

Związek Literatów Polskich