Członkowie Oddziału

Rzeszów

Preambuła statutu ZLP


Związek Literatów Polskich jest zawodową organizacją pisarzy. Jego członkowie, w swojej twórczości i działalności, nawiązują do humanitarnych tradycji myśli ogólnoludzkiej, które w kulturze polskiej zawsze były zespolone z troską o dobro kraju i narodu. Kontynuacja tych tradycji oraz wszechstronny rozwój współczesnej literatury polskiej stanowią przedmiot starań i pracy wszystkich członków i władz Związku Literatów Polskich.



Związek Literatów Polskich

Menu

WIESŁAW HOP



Wiesław Hop

Urodził się w roku 1963 w Birczy, w powiecie przemyskim, gdzie obecnie mieszka. Uczył się w Liceum Ogólnokształcącym w Dynowie i na Uniwersytecie Rzeszowskim, gdzie uzyskał tytuł licencjata filozofii. Po studiach pracował jako nauczyciel, a w latach 1989-2010 jako policjant w Komendzie Miejskiej Policji w Przemyślu. Przez ostatnie trzynaście lat służby pełnił funkcję komendanta Komisariatu Policji w Birczy. Pisze powieści i opowiadania. Laureat konkursów literackich. Swoje utwory publikował w prasie ogólnopolskiej i regionalnej.


Książki wydane drukiem:

» Spacer ze śmiercią — powieść, Wydawnictwo Pi, Warszawa 2012
» Wbrew woli — powieść, Warszawska Firma Wydawnicza, Warszawa 2013
» Poranek pełen nadziei — powieść, Rozpisani.pl, Warszawa 2015
» Przed wyrokiem — powieść, Ludowa Spółdzielnia Wydawnicza, Warszawa 2016


Publikowane w odcinkach:

» W pułapce życia — powieść sensacyjna, E-miesięcznik Kresowy Serwis Informacyjny (od grudnia 2015 r.)


Książki w formie e-booka:

» Poranek pełen nadziei — powieść, Wydawnictwo Nowy Świat, Warszawa 2011


Kontakt elektroniczny

wieslawhop@gmail.com



Fragmenty prozy

Wiesław Hop
Przed wyrokiem


"P

Przed wyrokiem" przeczytałam jednym tchem. Osadzona w PRL–owskiej rzeczywistości nie tylko kryminalna opowieść o człowieku uwikłanym, zniszczonym przez system... (lepsza wersja procesu Franca Kafki). Genialne, psychologiczne studium postaw podane w interesującej, trzymającej w napięciu formie.

Bardzo dobra książka z tragiczną, polską historią w tle (hitleryzm, banderyzm, komunizm)... Ale czy na pewno tylko historia? Dlaczego czytając „Przed wyrokiem” miałam nieodparte wrażenie, że mogę wyjąć ludzi, niestety realnych i istniejących z „Pogorzeliska” Wojciecha Sumlińskiego i wstawić w miejsce bohaterów „Przed wyrokiem”. Ich losy, wpisane przecież w tak różne systemy, a jednak tymi systemami splątane.

„Przed wyrokiem” to zdecydowanie więcej niż historyczny kryminał, to alegoria otaczającej nas rzeczywistości..., chociaż zakończenie niesie nadzieję, bo o ile w PRL-lowskiej rzeczywistości nie można było liczyć na sprawiedliwość, to w III RP można znaleźć ludzi, którzy potrafią oprzeć się systemowi (o ile wcześniej nie dopadnie ich „seryjny samobójca”) i potrafią wydać sprawiedliwe wyroki.

Książka wspaniała, dobrze napisana, pozostawiająca czytelnika z wieloma sprawami do przemyśleń..., a przede wszystkim trzymająca w napięciu i nietuzinkowa, zasługująca na wyróżnienie i zaakcentowanie w polskiej literaturze współczesnej!

Gratuluję i czekam na następną książkę.

 

Opinia czytelniczki po przeczytaniu książki. Anna Jakubowska, Białystok



Fragmenty prozy

Wiesław Hop
Poranek pełen nadziei

Rozdział pierwszy

N

a bezchmurnym niebie żarzyły się już pierwsze gwiazdy, a lekki ciepły wiatr zawiewał od strony Sanu. Opadające z drzew liście szeleściły jesiennie. Kończyło się lato. I nadchodziła długa, pogodna, a może słotna jesień — tego nigdy nie można przewidzieć. Andrzej Cybulski wyszedł z domu. Miał na sobie dżinsowe, wycierane spodnie i delikatną koszulę bez rękawów w kolorowe paski, a do kompletu białe adidasy. Miał szczupłą, wysportowaną sylwetkę (od dwóch lat uprawiał kulturystykę) i kędzierzawe, jasne włosy. Lubił się dobrze ubierać. Modny strój poprawiał mu samopoczucie i pomagał pokonywać wrodzoną nieśmiałość.

Pochodził z ubogiej, chłopskiej rodziny i odkąd pamiętał, dokuczał mu notoryczny brak pieniędzy. Nigdy nie miał ich zbyt wiele i nie nauczył się oszczędzać, tak jak to podobno robią mądrzy ludzie z zadatkami na bogaczy, do których on niestety nigdy nie będzie mógł się zaliczyć. Nawet teraz, pracując już od roku, nie zaoszczędził ani grosza. Pieniądze przeciekały mu przez palce. Tak jak większość młodych ludzi wydawał je bez skrupułów na zabawy, alkohole i dziewczyny. W czasach licealnych uzupełniał skromne kieszonkowe, rozładowując wagony węgla albo cementu na stacji kolejowej w Dynowie przez kilka dni w miesiącu. Urywał się wtedy z lekcji, ale ponieważ dobrze radził sobie z nauką, wychowawca nie robił z tego problemu. Na wsi trudniej było o dodatkowe, dobrze płatne zajęcie. Pomimo to żył cały czas beztrosko, nie martwiąc się o przyszłość.

Dobre samopoczucie mąciła mu tylko myśl o czekającej go niebawem służbie wojskowej, od której nie zdołał się wymigać. Nie miał wady wzroku, ani wady kręgosłupa, czy jakichkolwiek wtyków w komisji wojskowej, toteż bez problemu został zakwalifikowany jako najwyższy gatunek mięsa armatniego, z przeznaczeniem do natychmiastowego odstrzału. Traktował to jako zło konieczne, kwitując powiedzeniem: „Dwa lata wyrwane z kalendarza”. Co oznaczało: najlepsze dwa lata życia stracone bezpowrotnie. „Wchodzisz w bramę koszar na kacu bez grosza przy duszy i po dwudziestu czterech miesiącach — jeżeli miałeś szczęście i nie spotkało cię coś złego w rodzaju przedłużenia służby — wychodzisz bez grosza z zepsutym żołądkiem. A te wszystkie patriotyczne słowa o obowiązku wobec ojczyzny, które przy różnych okazjach wypowiadali nadęci faceci, czerwoni na twarzach od nadmiaru wódki, z mocno zaokrąglonymi brzuchami, robiący nieraz kariery polityczne, to tylko zwyczajne mydlenie oczu” — tak myślał. Ojczyzna mogła się bez niego obejść, nie była przecież w wielkiej potrzebie. Zresztą mógł się jej przysłużyć w inny sposób — chociażby uczciwie zarabiając na życie i płacąc podatki.

Nie był jednak mięczakiem. Wiedział, że potrafi, nie gorzej od innych, odbębnić swoją dolę, nawet gdyby okazała się gorsza niż myślał. Podświadomie coś go nawet ciągnęło do wojska. Zwłaszcza teraz, gdy od trzech tygodni posiadał w kieszeni darmowy bilet na przejazd do Żar.

Służba wojskowa zbliżała się nieuchronnie z szybkością armatniego pocisku. Odczuwał nawet z tego powodu pewien rodzaj dumy, ale tę ukrył gdzieś głęboko i nikomu o tym nie mówił.

Idąc na zabawę, w kieszeni posiadał kilka tysięcy złotych z odprawy przysługującej poborowym i teoretycznie powinien czuć się cholernie dobrze. Coś jednak nadal dręczyło go w środku, pomimo, że dawno pogodził się z sytuacją. Ale machnął na to ręką i postanowił, mimo wszystko, porządnie się zabawić, postawić coś chłopakom, no i przyzwoicie rozstać się z Kasią.

„Niech to będzie wielka, pożegnalna popijawa, o której długo nie zapomną”, myślał.

Powietrze pachniało jesienią. Zapach więdnących traw i liści kojarzył mu się zawsze z wypasaniem bydła na opustoszałych polach, krzykiem odlatujących kluczami na południe żurawi, z pieczonymi kartoflami z czasów dzieciństwa, pierwszymi jesiennymi przymrozkami, z rodzinna wsią — z tym zagubionym pośród gór i lasów małym światem, który dobrze znał i kochał. Wychował się bowiem w dolinie Sanu, w malowniczej wiosce o tajemniczej nazwie Huta Brzuska, poznając wcześnie twarde życie chłopów i drwali, i tajemnicę domowej produkcji spirytusu. Kochał wieś — wszystkie te drewniane ciepłe domki i rodzimą przyrodę. Tęsknoty za miastem nie rozbudził w nim nawet czteroletni pobyt w Liceum Ogólnokształcącym w Dynowie. Ale z tego okresu pozostały mu dwie namiętności — piłka nożna i miejski taniec, które tworzyły ważną część jego dotychczasowego życia.

Noc zaczęła się krystalizować i zrobiło się chłodniej. Na niebo wytoczyło się olbrzymie koło srebrzystego księżyca, który przyćmił dalekie gwiazdy i jaśniej oświetlił wąską, wiejską, asfaltową dróżkę.

Andrzej spojrzał na zegarek. Dochodziła dwudziesta trzydzieści. Pomyślał, że jest już spóźniony, ale miał nadzieję, że Kasia będzie na niego czekała. Przyspieszył kroku, bo miał jeszcze do przejścia około kilometra. Idąc mijał po drodze grupy młodzieży stojącej w pobliżu płotów. Dużo motocyklistów i kilka samochodów wyprzedziło go i pojechało w kierunku domu ludowego.

(...)



Fragmenty prozy

Wiesław Hop
Myśliwski instynkt

B

yła sobota, zapadał wieczór i nad doliną rzeki Stupnica gęstniał mrok. Kończył się piękny, letni i gorący dzień. Na niebie rozbłysła już wieczorna zorza, a drobne krople rosy spadały na ziemię, przyjemnie ochładzając powietrze. Gdzieś w pobliżu domu, nad dojrzewającym łanem żyta, wzbił się w górę skowronek. Jego wesołe trele na chwile przerwały przedwieczorna ciszę, po czym zamilkły i znowu słychać było tylko jednostajny szum rzeki.

Tego dnia przyjechałem z żona i dziećmi na krótkie wakacje do moich rodziców, i wszyscy cieszyliśmy się, że mamy przed sobą sporo przyjemnych chwil. Ojciec narzekał, że dziki okropnie się rozmnożyły i niszczą uprawy zbóż i kartofli. Z tego powodu, aby je odstraszyć, codziennie późnym wieczorem musiał rozpalać duże ognisko na Karolówce w pobliżu swojej uprawy pszenicy. Pomimo że jestem myśliwym, wiadomość ta nie zrobiła na mnie większego wrażenia. Odkąd pamiętam, w rejonie mojej rodzinnej wsi Huta Brzuska dziki niszczyły uprawy. Za czasów świetności „Królestwa Arłamowa” przychodziły z Bieszczad całymi watahami składającymi się nawet z kilkudziesięciu sztuk. Baraszkowały w pegeerowskich uprawach, od czasu do czasu robiąc wypady na uboższe chłopskie poletka. W tamtych latach ojciec każdego roku na skraju zagonu kartofli budował szałas z drewnianym łóżkiem do spania, które zawsze pachniało dymem i naszym kudłatym burkiem. Przyjemnie było w deszczowy ranek podsycić dogasający po nocy ogień na palenisku przed budą, położyć się na podwyższeniu pryczy i patrzeć jak krowy na łące zachłannie pożerają mokrą trawę, a płomień oblizuje polana.

Ojciec wyjął z kredensu butelkę nalewki wiśniowej z ubiegłorocznego zapasu, postawił na stole i powiedział:

— No, to wypijmy po kieliszku, zanim pójdę do dzików.

Nie był jeszcze stary, ale jak przystało na prawdziwego dziadka, miał siwiejące skronie i dosyć wysokie czoło. A ja wiedziałem, że miał ochotę zabrać nas tam wszystkich ze sobą. Zauważyłem to po wyrazie jego twarzy i po tym, jak przechylając kieliszek, porozumiewawczo mrugnął do Marcinka.

Poczułem winny smak w ustach, a potem przyjemne ciepło rozgrzewające żołądek — to była przednia gorzałka. Ojciec znał się na alkoholu i potrafił go przyrządzać. Wtedy także przypomniałem sobie moją pierwszą przygodę z dzikami, gdy obaj jadąc rowerami na odpust do Kalwarii Pacławskiej, wczesnym rankiem w Łodzince Górnej trafiliśmy na watahę dzików przekraczających polną drogę. Wyłoniły się nagle przed nami z owsa i porannej mgły. Było ich tak dużo, że poczułem przenikający mnie od kręgosłupa dreszcz emocji. Pomimo to mocniej nacisnąłem na pedały i gnałem przed siebie, licząc na to, że może uda mi się przeciąć im drogę i chociaż na chwilę złapać jednego z wielu idących tyłem pasiaków. Pochłonięty do reszty tą myślą niemal wpakowałem się przed zamykającą pochód dorodną lochę, która mogła mnie stratować.

Może dzięki temu wspomnieniu wpadłem na pomysł, aby zrobić moim dzieciom mały sprawdzian z odwagi. Dostarczyć im wakacyjnej przygody, o której mogliby opowiadać w szkole na lekcjach języka polskiego.

— Dziadek — zwróciłem się do ojca. — Ty już chyba jesteś dzisiaj zmęczony i nie dasz rady wejść na górę. Mnie także bolą nogi, więc może dzieciaki pójdą i rozpalą ognisko.

Patrzyłem przy tym znacząco na Marcinka i młodszą Kasię oraz na małego szwagra Grzesia, który jest rówieśnikiem Marcinka i spędzał z nami tę część wakacji.

Przez chwilę panowało milczenie. Dzieciaki porozumiewały się wzrokiem. Były zaskoczone tą propozycją. Pierwsza wycofała się dziewczynka.

— Kasia się boi dzików i nie pójdzie bez taty — powiedziała.

— Ten, kto to zrobi, dostanie ode mnie dziesięć złotych nagrody — dorzuciłem dla zachęty.

Grzesio wzruszył ramionami, bez słowa odszedł w kąt pokoju i usiadł na tapczanie. Tylko Marcin nadal pozostał na środku.

— Ja pójdę — zdecydował się po namyśle. I wtedy zobaczyłem w jego oczach maleńki błysk, który był efektem trapiącej go obawy i chęci przeżycia pierwszej, samodzielnej, „myśliwskiej” przygody. Zdecydował się pójść, rozpalić ognisko, odstraszyć dziki i zarobić dziesięć złotych.

Wręczyłem mu latarkę, garść smolnych szczap, które moja mama zawsze trzymała na piecu chlebowym na rozpałkę pod kuchnią, i zapałki.

— No, to idź chłopcze! — Klepnąłem go lekko w plecy. — I nic się nie martw. Dziki boją się światła, więc żaden nie zbliży się do ciebie.

Wyszliśmy za nim na podwórko. Szedł pewnie, nie oglądając się za siebie. Noc była ciemna, bowiem księżyc wisiał gdzieś jeszcze nisko poza horyzontem, ukryty za ścianą lasu. Po chwili straciliśmy go z oczu w ciemności. Tylko jasny snop światła latarki, którą oświetlał sobie drogę, coraz częściej omiatał pagórki po obu stronach ścieżki. Nagle noc zrobiła się bardzo głośna. Wiatr zaszeleścił liśćmi topoli. Gdzieś daleko warczał traktor. A włochaty owczarek kaukaski naszych sąsiadów szarpnął się na łańcuchu i począł gwałtownie ujadać.

— Tato. Dziki idą! — krzyknęła Kasia łapiąc mnie za rękę. — Zawołaj Marcinka, bo jeszcze go zjedzą.

Marcinek także usłyszał te niepokojące odgłosy. Widziałem, że na chwilę zawahał się — światło latarki stanęło w miejscu — po czym, pokonując chęć powrotu, ponownie ruszył w kierunku uprawy pszenicy. Był przecież mężczyzną, zdecydował się iść, więc nie mógł się wycofać. Wiedziałem, że nic mu nie grozi. Czułem jednak, co działo się w jego głowie, jakie obawy i wątpliwości cisnęły mu się do mózgu, i ile musiał w sobie zebrać siły charakteru, aby je pokonać. Byłem jednak zadowolony z niego i odczuwałem pewien rodzaj ojcowskiej dumy — jakbym to ja sam zdobył się na podobną odwagę. Poczekałem jeszcze chwilę, aby się upewnić, że nie powróci, i gdy światło latarki zniknęło za gęstymi krzewami leszczyny porastającymi brzegi strumyka, krzyknąłem nakazując mu powrót. Przybiegł do nas bez ociągania się. Był mocno podekscytowany. Zapomniał nawet o pieniądzach, które mu obiecałem za rozpalenie ogniska. Wszyscy wiedzieliśmy, że uczciwie na nie zasłużył, to też postanowiłem mu je wręczyć natychmiast po powrocie do domu.

Tego wieczoru razem rozpaliliśmy ognisko na szczycie Karolówki i siedzieliśmy przy nim do późnej nocy — ja, dziadek, moja żona Małgosia i dzieciaki, które ciągle miały nadzieję, że zobaczą umykającego do lasu dzika. Noc zrobiła się cicha, tylko koniki polne grały nieprzerwanie — pośród strzelających w niebo kłosów pszenicy — swój fascynujący koncert, zakłócany jedynie trzaskiem płonących szczap, naszymi głosami i rzadkim pohukiwaniem sowy. Na niebo wytoczył się złocisty, okrągły księżyc i rywalizował z ogniskiem. Jego blask rozchodził się po dolinie i odbijał od blaszanych dachów wiejskich domów. Z prawej strony zdawała się przybliżać do nas mroczna ściana lasu wraz z wyglądającymi groźnie na tle nieba okrągłymi kopami suchego siana. Z lewej, kilka kilometrów dalej, w dolinie, w blasku księżyca wiła się wąska wstęga Sanu, a za nim — na wzniesieniu — błyszczały światła ulicznych latarń miasteczka Babice.

Wydawało się, że gdzieś z głębi kniei chwilami dochodzi do nas złowrogie wycie wilków, które tego roku na naszym terenie zostały objęte całkowitą ochroną gatunkową. Było pięknie, groźnie i tajemniczo. Po prostu cudowne wiejskie życie, w którym świat ludzi nierozerwalnie splata się ze światem zwierząt.

Schodziliśmy w dół płytkim wąwozem, stąpając przemoczonymi butami po chłodnej, zroszonej trawie. Ojciec był w dobrym humorze i nabrał chęci do żartów.

— Dziki przyjdą nad ranem, kiedy nas już tutaj nie będzie — powiedział. — Być może siedzą teraz w tych krzakach — wskazał ręka na porastające głęboki parów jeżyny — śmieją się z nas i mówią jeden do drugiego: „No, rusz tłusty zadek kolego! Chodź, chrupniemy sobie parę kłosów pszenicy. Gospodarz znowu pali nam ognisko. A gajowy Koterba śpi w domu. Słyszałem wczoraj, jak skarżył się do leśniczego, że nie chodzi na polowania, bo ma odstrzał tylko na przelatka do pięćdziesięciu kilogramów. Więc nic nam dzisiaj nie grozi.”

Noc wypełniła się. Pachniała sennie dojrzewającym zbożem, schnącymi trawami i oparami mgły unoszącymi się nad malowniczym, lesistym krajobrazem Pogórza Przemyskiego. Była jak rozespana kobieta w pościeli, którą — wracając z późnej zasiadki — niespodziewanie zastałeś we własnym pokoju i wiedziony myśliwskim instynktem zapragnąłeś „ustrzelić”.



Opowiadanie to zdobyło wyróżnienie w konkursie literackim „Łowcy Polskiego” i było drukowane w tym czasopiśmie w 1997 r.


Fragmenty prozy

Wiesław Hop
Bieszczadzka opowieść

W

ładysław Hnat był mężczyzną średniego wzrostu, mocnej postury, w sile wieku i raczej nie uważał się za intelektualistę, bo nie ukończył żadnych studiów. Po maturze wrócił ze Lwowa do rodzinnej wsi, do Baligrodu, bo nie wyobrażał sobie żeby mógł spędzić życie z dala od ukochanych Bieszczad. Przez dziesięć lat pracował w tartaku i prowadził, odziedziczone po ojcu, niewielkie gospodarstwo. Ale wojna, ta wyrodna matka biednych dzieci, tak jak na wszystkich mieszkańcach tej wielokulturowej, przepięknej krainy, wycisnęła na nim swoje piętno; obnażyła, straszniejsze od piekła, mroczne zakamarki ludzkich dusz i zmusiła do walki o przetrwanie.


Pewnego razu — gdy jeszcze mieszkał w rodzinnej wsi i miał nadzieję, że ta zawierucha, ten płomień nienawiści i głupoty, wzniecony przez hitlerowców w sercach ukraińskich nacjonalistów, biorący swój początek na Wołyniu, o którym tutaj dopiero docierały niepewne wieści, zgaśnie i nie rozleje się na inne tereny — w niedzielę po południu, wracając z cerkwi, przyszedł do niego w odwiedziny najbliższy sąsiad Wasyl, Ukrainiec, z którym od lat żył w przyjaźni, jak z bratem.

Zasiedli przy stole do herbaty. Przepili, po sąsiedzku, kilkoma kieliszkami doskonałej, pachnącej zeszłorocznym latem, mocnej wiśniówki. Zagryźli kiszonym ogórkiem. A gdy nieco zaszumiało im w głowach, Wasyl powiedział:

— Słuchaj Władek, podobno niektórzy Polacy z naszego przysiółka nie nocują już w domach, tylko kryją się po potokach i lasach, bo boją się, że przyjdą banderowcy i spalą ich wraz z chałupami.

— Trudno się im dziwić! Czasy są niepewne, a i z Wołynia dochodzą jakieś wieści o mordach i podpaleniach.

— U nas tego nie będzie! Żyliśmy w zgodzie od wieków i tak pozostanie! Ja ci to obiecuję, a wiem, co mówię! — Wasyl otarł spocone czoło, od którego, jak od lustra, odbijały mu się, wpadające przez okno do chałupy, promienie gorącego słońca; odgarnął trochę już przydługie, rude włosy i wymownie — prosto i uczciwie — spojrzał w oczy gospodarza.

— Ty się nie musisz niczego bać! Śpij spokojnie! Nie męcz żony i dzieci! Jesteś dla mnie, jak brat, więc gdyby ci coś groziło, pierwszy bym ci powiedział.

— Też tak uważam! Zawsze byliśmy dobrymi sąsiadami, więc dlaczego dzisiaj miałoby być inaczej? Pewnie, że śpię w domu. Bo gdzie miałbym uciekać? Tutaj się urodziłem i tutaj żyję, tak jak moi przodkowie.

Władysław zachował zimną krew. Nie mrugnął okiem. Nie zmarszczyło mu się czoło i w żaden inny sposób nie dał po sobie poznać, że coś boleśnie zakłuło go w sercu. Możliwe, że Wasyl mówił szczerze; ale jeżeli nie należał do UPA, to skąd mógł wiedzieć, że jego sąsiadowi, który chrzcił dzieci w kościele i szczycił się tym, że jest Polakiem, chociaż nigdy nie wynosił się ponad Ukraińców, nic nie grozi.

Pozostawało tylko dwie możliwości: Pierwsza, mało wiarygodna, oznaczała, że Wasyl jest lekkomyślnym durniem; kierując się uczuciem i pobożnymi życzeniami, obiecuje coś czego nie może dotrzymać. Druga, bardziej prawdopodobna, nasuwała podejrzenie, że już zwąchał się z banderowcami i na czyjeś polecenie przyszedł tutaj, żeby uspokoić i uśpić czujność swojego sąsiada, aby łatwiej można go było osaczyć i zlikwidować. Takie metody banderowcy stosowali we wsiach położonych bardziej na wschód, o czym, na szczęście, Hnat, który często jeździł na jarmarki do Dobromila, już wiedział.

Chcąc pociągnąć sąsiada za język, postawił drugą butelkę. Wasyl jednak się zaciął: Pił chętnie, ale oprócz tego, że na plebanię, do popa, kilka dni wcześniej, przyjechał jego syn, Iwan, który podobno odbył jakieś szkolenie w Trzeciej Rzeszy, z dwoma obcymi mężczyznami, nic więcej nie powiedział.

Władysław wiedział już o nich. Słyszał, że wszyscy trzej chodzą po wsi w oficerkach, z bronią, zupełnie jawnie, jakby byli w zmowie z ukraińską milicją i Niemcami i coś organizują.

Władysław podejrzewał, co to może znaczyć, dlatego był czujny.

— Dobrze mówisz, Władek. Ty jesteś swój człowiek. Dla mnie, jak brat. To i gdzie tobie będzie lepiej. Żyjemy tu razem od pokoleń; da Bóg i dalej tak będzie!

— Dziękuję ci, Wasyl, za odwiedziny i dobre słowo. W dzisiejszych czasach, to bardzo ważne.

Władysław pożegnał sąsiada. Ale pomimo, że dzień był piękny, upalny, bezwietrzny i — przy niedzieli — cichy jak makiem zasiał; i w głowie mu szumiało od wypitej wódki, nie położył się w sadzie na popołudniową drzemkę. Długo chodził i dumał.

Wieczorem, gdy pomarańczowo złociste słońce, zapowiadające na najbliższe dni upalną, słoneczną pogodę, skryło się za horyzontem i pierwsza szarówka opadła na ziemię, po wieczornym udoju, powiedział do żony:

— Słuchaj Joasiu, nie będziecie dzisiaj spać w domu. Po kolacji zabierzesz dzieciaki i pójdziesz do wsi, do twojej siostry. Przemknijcie się potokiem, tak żeby z sąsiedztwa nikt was nie zauważył. Andrzej jest Ukraińcem, ale to honorowy człowiek. Nie zdradzi. A w razie czego..., u niego, nie będą was szukać.

Po wyjściu żony i dzieci siedział długo na progu chałupy. Przed północą wyjął ze schowka w stajni, spod mościny konia, karabin, który ukrył tam jeszcze w trzydziestym dziewiątym roku, gdy wrócił z wojny i tylnym wyjściem, zatrzaskując za sobą drzwi, wymknął się w głuchą, ciepłą noc.

Usiadł na ławce, pod lipą i czuwał. Ale po pewnym czasie zasnął. Obudziło go dalekie ujadanie psów. Przestraszony zerwał się na równe nogi, gdyż wydawało mu się, że drogą od strony wsi nadchodzą jacyś ludzie, ale nikt się nie pojawił.

„Tutaj nie mogę zostać! Jeżeli zasnę, a oni przyjdą, to już po mnie!” — pomyślał i przeniósł się w rosnącą na pagórku, przy łanie żyta, dorodną kępę dzikiej róży. Tam położył się na ziemi i nasłuchując przeleżał do rana. Na szczęście nic się nie wydarzyło. W ten sposób warował jeszcze przez dwie kolejne noce, ale jego trud i rozwaga nie poszły na marne.

Trzeciej nocy, nad ranem, gdy we wsi zapiały już pierwsze koguty, a daleko na wschodzie, nad lasami od strony Górzanki niebo, nieśmiało jeszcze, rozpaliło się pierwszymi smugami porannej zorzy; a on zaczął już wyrzucać sobie, że przez swoją podejrzliwość, zmusił żonę i dzieci do tułania się po obcych chałupach, usłyszał, dobiegające z daleka, po rosie, odgłosy zbliżających się ludzi.

Skrzypnęła bramka. Było ich czterech, widocznych dobrze w srebrzystej poświacie gasnącego księżyca. Prowadził Wasyl. Za nim szedł syn popa, a dalej dwaj obcy mężczyźni w oficerskich butach.

Pies nie zerwał się od budy, nie ostrzegł gospodarzy, nie zaszczekał i nie rzucił się na intruzów z wyszczerzonymi zębami. Kilka dni wcześniej Wasyl zwabił go do własnej stodoły, zabił jednym uderzeniem siekiery i zakopał w gnoju za oborą.

Otoczyli dom, stając tak, aby nikt nie mógł się wymknąć. Iwan i dwaj obcy zdjęli karabiny z pleców, a Wasyl, z siekierą w ręku, podszedł do okna i głośno zastukał w szybę.

— Michał, to ja! Wasyl! Otwieraj szybko! Szkoła się pali! — skłamał, gdy nie było reakcji na łomotanie. Ale ze środka nikt mu nie odpowiedział.

Wtedy Iwan wyjął z cholewy buta długi nóż, podważył nim ramę i okno odskoczyło.

— Właź do środka i zobacz, co się tam dzieje! — rozkazał.

Wasyl wszedł. Przez chwilę go nie było, a gdy wrócił i zgrabnie wygramolił się na zewnątrz, jakby zakłopotany, powiedział:

— Nikogo nie ma!

— Jak to nie ma? — obruszył się Iwan. A zrobiłeś tak, jak cię uczyłem?

— Pewnie, że zrobiłem! Jakże by inaczej. Byłem u niego w niedzielę i powtórzyłem wszystko, słowo w słowo. Ale on nie taki głupi, jak my mądre. Musiał coś przewąchać i zwiał.

— Nie ucieknie nam — powiedział jeden z obcych. Sądząc po głosie i sposobie w jaki to zrobił, musiał to być ktoś ważniejszy od Iwana. — Wracamy spać! Jutro przed nami długa droga. A z nim pohulamy sobie za tydzień albo dwa, gdy znowu tu wrócimy. Będzie wisiał , obdarty ze skóry, na tym drzewie. A ty, Wasyl, pilnuj się! Dobrze udawaj przyjaciela Lachów i rób co do ciebie należy! Bo wiesz, co czeka tych, którzy nas zdradzają...

Wasylowi ścierpła skóra. Dzisiaj, krwią sąsiada, miał przypieczętować swoją przynależność do UPA. Czuł, że zawalił swoje pierwsze zadanie. Właśnie został wyznaczony na kuszczowego, do którego należało zbieranie informacji, prowiantu, przygotowywanie kryjówek i schronów oraz organizacja pomocniczego oddziału z miejscowych ludzi, który w razie potrzeby, w nocy, miał wspierać w akcjach kadrowe sotnie UPA, które z Wołynia planowano przerzucić w te rejony, a w dzień pracować na roli i udawać spokojnych gospodarzy.

Władysław Hnat obserwował ich z ukrycia. Widział, jak otaczają dom, wywarzają okno i jeden z nich włazi do środka. Słyszał, co mówili... I mógł ich wystrzelać, jak kaczki, gdy kurząc cygary, przechodzili obok jego kryjówki. Ale nie zrobił tego.

Jeszcze tego samego dnia wyniósł się z rodziną w bezpieczniejsze miejsce. I w tajemnicy przed Niemcami, wraz ze szwagrem Andrzejem, Ukraińcem, który do niego dołączył, zabrał się do organizacji pierwszej w tej okolicy samoobrony.


Po kilku latach od zakończenia wojny — gdy wreszcie rząd w Warszawie obudził się, i aby nie dopuścić do całkowitej eksterminacji Polaków, przesiedlił, wspierającą UPA ludność ukraińską na ziemie zachodnie; rozgromił bandy i zaprowadził porządek na tej prastarej polskiej ziemi — Władysław Hnat, wraz ze szwagrem Andrzejem, powrócił do rodzinnej wsi, zamienionej przez banderowców, tak jak całe Bieszczady w olbrzymie pogorzelisko. Razem odbudowali swoje spalone domy i zamieszkali w nich z ocalałymi od zagłady rodzinami.

Wasyl, natomiast, nie odpowiedział za swoje czyny. W ramach operacji „Wisła”, został wywieziony w okolice Bolesławca. Tam otrzymał od rządu dwudziestohektarowe gospodarstwo z pięknymi, wyposażonymi w prąd elektryczny zabudowaniami i wszystkim, co trzeba, aby mógł rozpocząć nowe, dostatnie życie. Nic więc dziwnego, że szybko się wzbogacił i wykształcił dzieci. Nie potrafił jednak wyprzeć z pamięci Baligrodu i Bieszczad i serce w nim skowyczało z żalu i tęsknoty. Bo ma w sobie ta kraina coś takiego — jakieś niesamowite piękno — jakąś magię i urodę, która sprawia, że kto raz zobaczył te góry, połoniny, szerokie, lesiste doliny, wpadające do Sanu, pełne ryb, szemrzące tajemniczo, bystre potoki; te skąpane w chmurach wioski i rozrzucone pomiędzy nimi, jak perełki, bieszczadzkie miasteczka, nie może o niej zapomnieć.

Po trzydziestu latach, gdy już wiedział, że nic mu nie grozi, zdobył się n a odwagę i wreszcie wybrał się w podróż do krainy swojej młodości. Przyjechał do Baligrodu drogim, terenowym samochodem. Postawił go na rynku i skrajem lasu, dawnymi ścieżkami, niczym wytrawny grzybiarz, ruszył w kierunku przysiółka, w którym dawniej mieszkał. Gdy dotarł na miejsce, na obrzeżu zagajnika, tak, aby od wsi nikt nie mógł go zobaczyć i rozpoznać, rozłożył składane krzesełko i z ukrycia, zza starego dębu, długo obserwował dwie stare jabłonie i omszałą gruszę, które rosły na środku szerokiej, pustej łąki. Miał ochotę wstać, podejść tam i po kolei objąć je rękami, ale nie zdobył się na to. Coś go powstrzymywało. Może obawiał się, że z oddalonych o dwieście metrów zabudowań, wyjdzie mu na spotkanie dawny sąsiad, Władysław Hnat, którego kiedyś nazywał swoim bratem.



Fragmenty prozy

Wiesław Hop
Demokracja lokalna

B

ogusław Milczanowski był młodym sołtysem. Tego dnia pierwszy raz uczestniczył w spotkaniu Rady Gminy Chlewiska Małe i był bardzo podekscytowany. Z tego powodu nie zauważył nawet, że radni, na czele z wójtem Głogowskim i przewodniczącym rady Polkowskim, siedzieli przy stołach ustawionych w kwadracie, twarzami zwróceni do siebie, a sołtysi, dyrektorzy szkół i inni zaproszeni goście, jakby trochę mniej ważni, jakoś niezręcznie, zostali posadzeni za ich plecami przy wejściu. Ponieważ nie miał zamiaru nic mówić, nie przeszkadzało mu także to, że wójt i radni dysponowali bezprzewodowym mikrofonem, aby nie zdzierać gardeł, który uprzejmie podawali sobie z ręki do ręki, gdy któryś z nich chciał coś powiedzieć. Pozostali uczestnicy posiedzenia, zabierając głos, musieli krzyczeć, ale pomimo to, i tak trudno było zrozumieć, co mówią. Zresztą może o to chodziło, aby zniechęcić ich do niepotrzebnego gardłowania i przedłużania spotkania.

Sołtys Milczanowski, jak już wcześnie postanowił, nie zabierał głosu, siedział, rozglądał się, przysłuchiwał, popijał kawę i przegryzał paluszki i ciastka, które postawiły przed zebranymi dziewczyny z gminnego ośrodka kultury obsługujące zebranie, i myślał, że dobrze jest być radnym.

— Wysoka Rado — mówił radny ze Starych Brzezinek. Milczanowskiego uderzyło to sformułowanie i przez chwilę poczuł się tak, jakby w telewizji oglądał obrady Sejmu. — Musimy zrobić coś z tymi samochodami ciężarowymi wywożącymi kloce ze składów, które dewastują nam drogi gminne i powiatowe, bo jak tak dalej będzie, to niedługo autobusy po dzieci do szkół nie przejadą.

—Tak, jest to bardzo ważny problem, któremu trzeba wyjść naprzeciw — zgodził się wójt gminy. — Wystosujemy pismo do komendanta komisariatu policji, niech robi coś w tej sprawie.

— Pismo wystosować można — przytaknął przewodniczący rady. — Dobrze byłoby także wezwać go tutaj i profilaktycznie, że tak powiem, zmobilizować do działania, bo przecież to jego działka... Ale on, jak zwykle, będzie tłumaczył się, że ma tylko pięciu ludzi. Z drugiej strony należy chłopa zrozumieć, że policjanta na każdej drodze nie może postawić. Dlatego ja, widzę tutaj szczególną rolę dla sołtysów — kontynuował. — Wy, panowie, stale jesteście na miejscu. Musicie dzwonić na policję. Niech przyjeżdżają i karzą. Zapisujcie także numery rejestracyjne pojazdów, aby później można było sprawdzić, jakie konsekwencje wyciągnięto w stosunku do kierowców, i który z nich nagminnie niszczy nasze drogi.

Sołtysowi Milczanowskiemu podobały się te słowa, a nawet doznał lekkiego uczucia dumy, ponieważ przewodniczący rady gminy urodził się i mieszkał w tej samej wsi, co on. Ponadto, osobiście, przekonał się, że — pomimo braku wykształcenia — co zarzucano mu wielokrotnie w kampaniach wyborczych, jest to mądry facet.

Po dwóch godzinach porządek obrad został wyczerpany. Milczanowski, razem z innymi sołtysami i radnymi, zgłosił się do kasy gminnej, gdzie otrzymał pięćdziesiąt złotych — połowę sumy, którą za ten sam czas otrzymywali radni. W restauracji przy rynku, w towarzystwie innych uczestników debaty, zjadł obiad i wypił dwa piwa, po czym z uczuciem sytości i zadowolenia wracał do domu. W kieszeni szeleściło mu jeszcze trzydzieści złotych, co dodatkowo poprawiało mu nastrój, nie mógł jednak pozbyć się wrażenia, że są to najłatwiej zarobione pieniądze w jego dotychczasowej pracy zarobkowej. Przejął się trochę wypowiedzią przewodniczącego i postanowił — skoro już ludzie mu zaufali i został wybrany sołtysem — zrobić coś pożytecznego dla wsi.

„Na początek zajmę się ochroną drogi” — pomyślał.

I jak do tej pory nigdy nie zwracał uwagi na przejeżdżające samochody, tak teraz drażnił go każdy pojazd ciężarowy, przekraczający wizualnie dopuszczalną granicę dziesięciu ton masy całkowitej. Za każdym razem telefonował na policję i kategorycznie domagał się ukarania sprawcy. Skwapliwie zapisywał także numery rejestracyjne, które zdążył zapamiętać.

Tak było przez dwa dni.

Trzeciego dnia rano na podwórko sołtysa zajechał służbowy polonez gminny, z którego wysiedli, wyglądający jak dwie chmury gradowe, wójt i przewodniczący rady gminy. Obaj już od początku byli jacyś zdenerwowani, i — jakby niechętnie — przywitali się z Milczanowskim.

— Co ty, kurwa, Boguś wyprawiasz? — zaczął bez zbędnych ceregieli przewodniczący. — Całymi dniami siedzisz dupą przy oknie, obserwujesz drogę, dzwonisz na policję i każesz im mandaty wypisywać. Ja już, przez ciebie, tylko w czasie dwóch dni, trzeci mandat kierowcom refunduję. Chcesz mi, kurwa, interes zlikwidować.

— Przecież sam pan mówił na zebraniu rady, aby zapisywać numery i dzwonić na policję — obruszył się sołtys.

— Tak, mówiłem, mówiłem, a ty mi tutaj głupa nie strugaj. Dobrze wiesz, tak jak i wójt, że chodziło mi o obcych, a nie o swoich. Nie będziemy przecież podcinać gałęzi, na której sami siedzimy.

Po tej krótkiej rozmowie obaj wrócili do samochodu, pozostawiając na podwórku zmieszanego sołtysa.

— A komendanta komisariatu, to ja jeszcze dzisiaj porządnie opierdolę. Niech zna swoje miejsce w szyku i nie myśli, że z nami nie musi się liczyć. — Powiedział wójt do przewodniczącego, gdy opuścili posesję Milczanowskiego. — On dobrze wie, że te samochody wożą drewno do twojego tartaku, a mimo to, taki był stanowczy, że aż trzy mandaty kazał wypisać. Niech się lepiej zajmie ściganiem przemytników papierosów i alkoholu, bo przez ich działalność, w moich sklepach całkiem obroty siadają.

Po ujechaniu kilku kilometrów obaj włodarze uspokoili się i zaczęli myśleć o przyjemniejszych sprawach. Bowiem zapowiadał się pogodny dzień, który miał się, dla nich, zakończyć mocno zakrapianym bankietem z samorządowcami z zaprzyjaźnionego regionu sąsiedniej Słowacji.



 

Związek Literatów Polskich