Członkowie Oddziału

Rzeszów

Preambuła statutu ZLP


Związek Literatów Polskich jest zawodową organizacją pisarzy. Jego członkowie, w swojej twórczości i działalności, nawiązują do humanitarnych tradycji myśli ogólnoludzkiej, które w kulturze polskiej zawsze były zespolone z troską o dobro kraju i narodu. Kontynuacja tych tradycji oraz wszechstronny rozwój współczesnej literatury polskiej stanowią przedmiot starań i pracy wszystkich członków i władz Związku Literatów Polskich.



Związek Literatów Polskich

Menu

MARIUSZ MARCZYK



Mariusz Marczyk

Aktor, autor powieści, utworów dramatycznych i książek poetyckich. Artystycznie związany z dwoma miastami: Rzeszowem i Krakowem. Mieszka w Krośnie. Stworzył prywatny teatr — Scena „Rode” i od kilkunastu lat przemierza wzdłuż i wszerz całą Polskę, prezentując spektakle, które pozostawiają trwały ślad w pamięci kochającej teatr publiczności. Laureat trzech głównych nagród, w tym nagrody Grand Prix im. Mieczysława Kotlarczyka na Międzynarodowym Festiwalu Sztuki Słowa Verba Sacra w Poznaniu w 2006 r. Członek Związku Literatów Polskich O/Rzeszów oraz Związku Artystów Scen Polskich O/Kraków.


Wydał książki:

» Ballada bieszczadzka... i inne wiersze, Brzozów 2002
» Głód obecności, Krosno 2003 (tomik poezji)
» Portret w jesiennej ramie, Kraków 2005 (tomik poezji)
» Tysiąc franków Norwida: dramat w III aktach, Kraków 2005
» Dziadek — carski oficer, Kraków 2007 (powieść)
» Na dnie duszy prawda: dramat w 3 aktach, Krosno 2009
» Fetysze Izydora Bluma, Rzeszów 2012 (powieść)
» Przypadki męskiej nieśmiałości, Rzeszów 2013 (powieść)
» Przez Bieszczady z Listami św. Pawła — przewodnik, Rzeszów 2015
» Kartki z podróży lektora, Kraków 2015
» Portret Lizy, Poznań 2016 (powieść)


Kontakt elektroniczny

scenarode.krakow@gmail.com



Fragmenty prozy

Mariusz Marczyk, Portret Lizy

fragment najnowszej powieści (Wydawnictwo DM Sorus, Poznań 2016)

B

arbara niespokojnym spojrzeniem ogarnęła pomieszczenie, do którego wprowadził ją Kleiberg. Duże mahoniowe biurko, na nim mnóstwo porozrzucanych papierzysk, niektóre z nich zdążyły pożółknąć, kilka słupków książek, na ogół w miękkich okładkach, jakby dopiero co przyniesionych z księgarni, pomiędzy nimi masywne oprawne w skórę tomiska. Na skraju biurka ryza białego papieru, na przeciwległym krańcu metalowa ramka, w której zapewne umieszczona była fotografia. Nieład na biurku korespondował z chaosem całego pomieszczenia, które zdawało się oddawać wszystko w ręce przypadku. Chaos na ścianach zbratał się z zaskakującymi dysonansami w umeblowaniu, stolik z rattanu obok masywnej holenderskiej szafy albo jasny kuchenny kredens wetknięty pomiędzy dwa obite skórą fotele. Barbarę zainteresowały ściany, na których trudno było odnaleźć choćby parę centymetrów wolnego miejsca. Stłoczone portrety emanowały tajemnicą uwiecznionych postaci, malowane akwarelą pejzaże uwodziły światłem, kilka abstrakcji, których obecność w tym pomieszczeniu trudno byłoby usprawiedliwić, przysiadło tuż pod sufitem, odgrodzone od niego szeroką styropianową listwą.

Znalazłszy się w tym dziwnym pomieszczeniu Barbara pozbyła się przynajmniej części lęku, który jej towarzyszył, kiedy wspinała się po stromych, krętych schodach. Stwierdziła z ulgą, że człowiek zamieszkujący to dziwaczne wnętrze nie może być czyhającym na jej życie zboczeńcem i na pewno jej nie uwięzi, ani nie poczęstuje śmiertelną trucizną. Pan Kleiberg, wciąż upewniała samą siebie, jest może kolekcjonerem, może naukowcem. W każdym razie na pewno człowiekiem niegroźnym. Poszukujący piękna koneser sztuki o łagodnym spojrzeniu i z resztką siwych włosów na głowie nie może okazać się kryminalistą albo wampirem. Lęk Barbary zmalał do zera, gdy w drzwiach stanęła młoda dziewczyna, prawdopodobnie kelnerka z restauracji i zapytała, czy ma podać kawę. Pan Kleiberg kiwnął głową, nie pytając Barbary o zdanie. Poprosił też o dwa serniki i półmisek ciasteczek. Kiedy kelnerka opuściła pokój, Kleiberg doniosłym głosem zaczął ją przywoływać. Natychmiast stanęła w drzwiach.

— Helenko, przynieś nam jeszcze butelkę półsłodkiego martini.

Helena po raz drugi zamknęła za sobą drzwi, wcześniej zatrzymała spojrzenie na Barbarze. Poplamione farbą dżinsy i sprany t-shirt dziewczyny sprawiły, że wzruszyła ramionami i rzuciła lekceważące spojrzenie niezbyt przekonującej klientce.

— Czy mam podać kostki lodu? — zapytała, ponownie uchylając drzwi.

Tym razem Kleiberg zawiesił wzrok na Barbarze tak jakby to ona miała udzielić odpowiedzi na pytanie. Ponieważ milczała, powiedział zdecydowanym głosem:

— Nie, dziękuję.

Helena zniknęła. Kleiberg podszedł do okna, szeroko je uchylił i zapalił fajkę.

— Od jak dawna pani maluje? — zapytał, puszczając dwa idealnie okrągłe kółeczka.

— Od dziecka.

— Jeśli ma się w człowieku coś dobrego ujawnić, to ujawnia się już w dzieciństwie. Już dziecku trzeba wbijać do głowy, że ma talent, w przeciwnym razie albo nie uwierzy, albo zlekceważy to, co może go uszczęśliwić i nadać sens życiu. Przypowieść o talentach zapisana w Ewangelii zawsze mnie fascynowała. Negacja talentu, zakopywanie go w ziemi to powszechne doświadczenie. Spotkałem wielu bardzo zdolnych ludzi, którzy wiedli życie nędzarzy. Straszne społeczne marnotrawstwo. Jestem przekonany, że większość ludzi albo zakopała swój talent, z braku wiary oczywiście, albo rozpoznała go niewłaściwie. Człowiek bezzasadnie przypisuje sobie coś, co się mu nie należy. Tak, moja droga pani, z frustracji rodzą się bardzo ambitne miernoty, przypisując sobie prawo do miejsca, w którym ich nie powinno być. Utalentowani rzemieślnicy zostają muzykami, świetni informatycy aktorami, genialni pisarze urzędnikami, sprawni właściciele straganów i drobni sklepikarze politykami, potencjalnie wybitni malarze zostają właścicielami piekarń i zakładów pogrzebowych. Pomieszanie z poplątaniem. Jeśli jednak prawdą jest to, co pani mówi, miała pani wyjątkowe szczęście i jest szansa na to, że przeżyje pani swoje życie z pasją.

Kleiberg nie wiedzieć czemu klasnął w dłonie, po czym wetknął fajkę do ust. Dwa idealnie uformowane kółeczka dymu powędrowały beztrosko w kierunku bukietu sztucznych kwiatów stojącego na ławie, która blokowała dostęp do okna.

— Mając tak rozległą wiedzę na temat rozpoznania talentów domyślam się, że pan należy do tych szczęśliwców, którym udało się od razu odnaleźć właściwą drogę powołania?

Barbara rzuciła to pytanie przełamując swą nieśmiałość. Ten stan dopadł ją jeszcze na placu przed synagogą, kiedy Kleiberg przystanął obok i lustrował jej pracę nad szybkim portretem niezbyt grzecznego dziecka. Była speszona obecnością starszego pana, w którym, nie wiedzieć dlaczego, dostrzegła znawcę techniki malarskiej. Teraz, gdy doszła do siebie, pomyślała, że czas najwyższy pozbyć się stresu i raz na zawsze wyjść z narzuconej jej przez przemądrzałego starucha roli głupiutkiej gąski.

— Ależ pani to pięknie ujęła. Pozwoli pani, że zapytam, jak pani wyobraża sobie, miejsce, w którym dane mi było spędzić większość mego życia?

— Nie mam pojęcia. Nie jestem wróżką. Nie lubię zgadywać.

— To tylko zabawa. Proszę zaryzykować. Jeśli pani zgadnie, zaoferuję pani atrakcyjne wynagrodzenie za portret.

— Jest pan malarzem? Historykiem sztuki?

— No właśnie. Pudło, droga pani. Na szczęście nie zostałem ani malarzem, ani historykiem sztuki. Dzięki temu zwolniło się miejsce dla kogoś, kto z pewnością wykonywał ten zawód z większym pożytkiem. Ciągnęło mnie, owszem, ale zachowałem zdrowy rozsądek. Zostałem żołnierzem, droga pani, sporą część swojego życia spędziłem w koszarach. Nie wierzy mi pani? Proszę spojrzeć, to są moje odznaczenia.

Kleiberg wskazał ręką na oszkloną gablotkę, która w swoim wnętrzu kryła dwa rzędy odznaczeń.

— Jest tu niemal wszystko, co mógł zdobyć żołnierz, który przeżył większość swego życia w XX wieku. Czasami wydaje mi się, że te odznaczenia to żadna moja zasługa. W końcu XX wiek to czas wojennych żniw. Jeśli ktoś bardziej się starał niż ja, mógł zebrać tych błyskotek znacznie więcej. Ale pod jednym warunkiem: musiał mieć szczęście. Ja miałem. Szrapnel nie przepołowił mi głowy, mina nie zamieniła mnie w soczystą górę mięsa. Dzięki temu byłem żołnierzem także w czasie pokoju, pełniąc zaszczytne funkcje attaché wojskowego w kilku zaprzyjaźnionych z Polską krajach. A doczekawszy się emerytury, sięgnąłem po swój kolejny talent - restauratora. Serwuję ludziom najlepszą na Kazimierzu kuchnię i czekam, kiedy miejscowy proboszcz udzieli mi ostatniego namaszczenia. Przepraszam, swoim gadulstwem pozbawiłem panią przyjemności zgadywania.

— Jeśli nadal towarzyszyć będzie panu poczucie humoru, święte oleje księdza proboszcza długo nie spłyną na pańską głowę.

Kleiberg na chwilę się zamyślił, jakby chciał odszukać zgubiony wątek rozmowy.

— Jakiś czas temu, chyba piątego czerwca, zostało odsłonięte popiersie generała Maczka w krakowskim Parku Jordana. Słyszała pani o generale?

— Wiem, że dowodził 1. Dywizją Pancerną na Zachodzie.

— Dobre i to. W 1944 roku jego dywizja lądowała we Francji. A ja razem z nią. W rejonie wzgórz Mont Morel i miasteczka Falaise zamknęliśmy w kotle niemiecką 7. Armię. Zniszczyliśmy dziesiątki czołgów, a setki żołnierzy wzięliśmy do niewoli. Potem był pościg. Wyzwoliliśmy Belgię i Holandię, by wkroczyć do Rzeszy. Wojna się skończyła. Niestety, dla generała Maczka nastały trudne czasy. Nie mógł wrócić do ojczyzny. W Polsce komuniści na dobre zapuścili korzenie. Tak zwany Tymczasowy Rząd Jedności Narodowej pozbawił naszego dowódcę polskiego obywatelstwa. Dostał minimalną emeryturę przyznawaną w Wielkiej Brytanii żołnierzom alianckim. Polski bohater II wojny światowej został najpierw sprzedawcą, a potem barmanem w restauracji Hotelu Learmouth w Edynburgu. Wiele lat później zaproszono go do Holandii na uroczystości związane z rocznicą wyzwolenia Bredy. Okazało się, że wyzwoliciel Holandii nie ma środków na to, by tę podróż odbyć. Wtedy przyznano mu honorowe obywatelstwo Holandii, a wraz z nim generalską emeryturę.

— Co w tej sprawie zrobił polski rząd?

— Komunistyczny? Niewiele. Milczenie trwało do 1971 roku. Dopiero wtedy rząd Jaroszewicza przywrócił mu obywatelstwo. Dziś głaz z tablicą pamiątkową w Gdańsku i popiersie przy bramie koszar brygady pancernej w Żaganiu to jedyne miejsca, w których czci się jego pamięć. A teraz przybyło nam jeszcze popiersie w krakowskim Parku Jordana.

Barbara spojrzała na zegarek. Martwiła się o pozostawiony na placu przed synagogą dobytek.

— Miło mi z panem rozmawiać, ale zostawiłam przy synagodze sztalugi. Muszę wracać. Proszę pokazać mi zdjęcie osoby, którą mam sportretować.

— Przepraszam panią. U osób w moim wieku przeszłość może dać o sobie znać w najmniej oczekiwanych momentach. Zdjęcie nie jest potrzebne. Chodzi mi o skopiowanie obrazu Wyspiańskiego „Portret Lizy Pareńskiej”. Proszę spojrzeć, to reprodukcja w wiernych wymiarach pierwowzoru. Co pani o tym sądzi?

— Piękny portret.

— To pastel. Model, jak pani widzi, to właściwie dziewczynka. Jeszcze nie kobieta. Ale widać, że kobieta zaczyna się w niej budzić. Piękny i nastrojowy obraz kobiety w momencie poczęcia.

Barbara przez moment wpatrywała się w portret.

— Mnie się jednak wydaje, że to bardziej kobieta. Proszę spojrzeć na oczy. One widzą coś więcej niż mogłoby dojrzeć dziecko. Poza tym ta zaciśnięta piąstka. W niej jest burza emocji na pewno bardziej kobiecych niż dziecięcych.

— Jest pani spostrzegawcza. Cieszę się, jestem pewien, że zrobi pani doskonałą kopię.

— To się okaże. Zadanie wcale nie będzie łatwe. Zauważył pan, że pelargonie są jakby za duże, przeskalowane. Nie wiem, może to ukryty komentarz do osobowości Lizy.

— O tym nigdy nie pomyślałem. Możliwe, że ma pani rację.

— Co pan wie o samej Lizie Pareńskiej?

— Niewiele. Relacje współczesnych mówią, że była piękną najpierw dziewczyną, później kobietą. Kiedy jej starsze siostry wyszły za mąż, stała się muzą, do której wzdychali artyści zapraszani do prowadzonego przez Pareńskich salonu. Plotki, flirty, luźna atmosfera prowadzonych rozmów — to wszystko niezbyt dobrze musiało wpłynąć na Lizę. Brylowała w salonie, a do szkoły, wedle świadectw, zdarzało jej się przychodzić po pijanemu.

— W tamtych czasach?

— Jak pani widzi, pomiędzy tamtymi i obecnymi czasami można dostrzec wiele podobieństw.

— Mimo wszystko, dziewczyna z dobrego domu…

Kleiberg przerwał Barbarze.

— Dziewczyna z dobrego domu w miesiąc po ślubie swojej starszej siostry Zofii całowała namiętnie jej męża Tadeusza Żeleńskiego w ogrodzie w Tenczynku. Skłonność do grzechu u dorastających podlotków to doświadczenie dosyć uniwersalne i ponadczasowe.

— Tego Żeleńskiego?

— Tak, pisarza, pierwszego moderatora „Zielonego Balonika”.

Barbara przypomniała sobie swój pierwszy pocałunek, jaki złożyła na ustach starszego od niej o piętnaście lat kuzyna. Był żonaty i miał dwoje dzieci.

— Kiedy będę mógł odebrać od pani portret?

— Najpóźniej w przyszłym tygodniu będzie gotowy.

— Proszę, to kilkanaście zdjęć tego obrazu. Jeżeli będzie pani chciała spojrzeć na tę kopię, drzwi mojego mieszkania stoją przed panią otworem. Może pani tu przychodzić o każdej porze.

— Dziękuję panu. — Barbara skierowała się do wyjścia.

— Chwileczkę. — Zatrzymał ją Kleiberg. — Zapomniała pani zapytać o wynagrodzenie. Proponuję pięć tysięcy złotych. Zgadza się pani?

— Ta kwota znacznie przekracza moje oczekiwania.

— Proszę, w tej kopercie jest zaliczka. Dwa tysiące złotych.

Barbara zbiegła po schodach. W zaciśniętej dłoni trzymała kopertę. Pierwszy raz ktoś zaoferował jej tak wysokie wynagrodzenie. Miała poczucie, że znowu zaczął ją otaczać nadmiar. Na placu spakowała swoje klamoty i umknęła przed palącym słońcem do restauracji, zjadła obfity posiłek i smakując schłodzone piwo pogrążyła się w przyjemnym lenistwie.



Fragmenty prozy

Mariusz Marczyk, Kartki z podróży lektora

Fragment książki (Wydawnictwo Petrus, Kraków 2015)


N

iejednokrotnie starałem się usprawiedliwić pomysł pisania tej książki. Dlaczego? Przecież jestem chrześcijaninem, katolikiem, w mojej głowie rodzą się myśli, które chcę przelać na papier, podzielić się nimi z bliźnim. Mam do tego prawo. Prawda? A mimo to, ani przez chwilę wątpliwości ode mnie nie odstępowały. A nawet wraz z dopisywaniem kolejnych rozdziałów narastały. No bo niby jak? Ty? Grzesznik i to taki pospolity. Absolutnie czytelnika nie kokietuję. Święty przecież nie jestem. Ty, miałbyś się wypowiadać na temat rzeczy wzniosłych, sakralnych, z pewnością zarezerwowanych dla fachowców od teologii i moralistów. Nie wkraczaj w dziedzinę rzeczy ci nieznanych. Tu jesteś amatorem i z pewnością zanudzisz czytelnika myślami, które kluczyć będą po przybrzeżnej płyciźnie i nigdy nie wypłyną na głębię. Na tym gruncie poruszasz się po omacku, intuicyjnie, na dodatek w każdej chwili możesz wpaść w koleiny herezji. Mało masz kłopotów w życiu? Mało problemów? Zastanów się nad pokusą wymądrzania się, która zapewne zrodziła się z pychy. Kościół, twój azyl, twoje miejsce ciszy i nadziei będzie poirytowany. Dlaczego na tę w miarę poprawną relację chcesz rzucić cień rozważań wątpliwej jakości. A jednak dopisywałem kolejne rozdziały, w miarę jak na swoim pielgrzymim szlaku lektora, docierałem do wciąż nowych miejsc. Lektora? No dobrze. Po kolei. Zacznijmy od początku.

Czytelnik zna już moje nazwisko. Ale nie wie, kim jestem. Czas więc to wyjaśnić. Najpierw zawód wykonywany. Aktor. Aktor? To prawda. Zaraz, zaraz, aktor piszący świątobliwe książki? To jakieś kuriozum. No cóż pokusa zwyciężyła. Tak, mnie się to przydarzyło.

Proszę mi wybaczyć i nie odkładać tej publikacji przynajmniej do końca tego wstępu. Wiem, że obieżyświat piszący pobożne książki to nie brzmi przekonywująco. Ale, drogi czytelniku przyznasz, że to może przynajmniej zaintrygować.

Wszystko zaczęło się od krakowskich prób do „Separacji”, małżeńskiej farsy, którą sam napisałem, a wkrótce potem chciałem doprowadzić do jej realizacji na scenie. Nie mogłem nigdzie znaleźć miejsca na próby. W końcu gościny udzielił mi proboszcz Parafii Miłosierdzia Bożego. Jak tu w nie nie wierzyć? Proboszczowi poleciła mnie krakowska aktorka, znakomita recytatorka Sława Bednarczyk. Jak do niej dotarłem? Nie pamiętam. Tego zdarzenia nie poprzedziła przecież dłuższa znajomość. Niewielka salka okazała się doskonałym miejscem do pracy przy tym kameralnym, spektaklu. Próby zaplanowaliśmy na miesiąc, ale nie szło nam tak dobrze, jak chcieliśmy. Upalne sierpniowe i wrześniowe weekendy przepracowaliśmy więc w pocie czoła.

Nie pamiętam już, kto wyszedł z tą inicjatywą, czy Proboszcz, czy ja, ale którejś wrześniowej niedzieli podczas Mszy świętej usłużyłem jako lektor. Prawdopodobnie moja deklaracja spotkała się z zachętą Proboszcza, który był tak zachwycony moją posługą, że obecność Mariusza przy ołtarzu w kolejne niedziele była czymś oczywistym. I tak właśnie zaczęła się moja przygoda wędrownego, a może nawet pielgrzymującego lektora. Od tego czasu w artystycznych wędrówkach po Polsce byłem nie tylko aktorem, ale też etatowym lektorem z niecierpliwością wyczekującym kolejnej niedzielnej Eucharystii i meldującym się w każdym kościele, który znalazł się na szlaku moich artystycznych wędrówek. Przemierzałem wzdłuż i wszerz całą Polskę i zdarzało się, że jednej niedzieli czytałem lekcje na Mazurach, a tydzień później na Dolnym Śląsku. Jednego dnia w maleńkiej kaplicy mieszczącej kilkanaście osób, a tydzień później w wielkiej katedrze w Poznaniu. Różnie bywało. Swoich wizyt w parafiach nie planowałem. Nie telefonowałem. Zwyczajnie, pojawiałem się w kościele pół godziny przed rozpoczęciem Mszy świętej i z cierpliwością czekałem na kapłana. Zawsze nieco zaniepokojony, bo a nuż spotkam się z odmową. Nieznany człowiek doprasza się o czytanie lekcji. To musi budzić zdziwienie. Poza tym, czy dobrze przeczyta? A może dziwacznie? Może to prawda, że jest aktorem, a może nie? W końcu świat pełen jest nawiedzonych ludzi. Przewidywałem możliwość takich obaw. Dlatego robiłem wszystko, by wypaść w rozmowie z księdzem możliwie najbardziej naturalnie. Czyli zwyczajnie. Jestem aktorem. Przemierzam Polskę. Zawsze podczas Eucharystii staram się usłużyć jako lektor. Czy to dziś będzie możliwe? Nigdy nie spotkałem się z odmową. Czasami jednak przepytywano mnie bardziej dokładnie. A raz pamiętam, że pewien przesympatyczny ksiądz domagał się ode mnie, bym mu pokazał legitymację lektora. Ja oczywiście takiej legitymacji nie miałem. Więc, nie bez oporów, pozwolono mi odczytać lekcję. Dopiero po Mszy św. wielebny wylał na mnie całe swoje ciepło i sympatię, a na koniec gorąco zachęcał do kolejnych wizyt w jego parafii. Tak było.

Czy już wszystko wyjaśniłem? Tak. Ale czy się przed czytelnikiem usprawiedliwiłem? No bo co takiego szanowny aktor chce nam przekazać? Co nam chce powiedzieć? Słyszę te pytania. I, prawdę mówiąc, tracę pewność siebie. Tyle zapisanego papieru. Czy i ja muszę się w tak lekkomyślny sposób przyczyniać do niepotrzebnej wycinki lasów? A jednak pokusa jest wielka. No i ten jej cichy szept: zaryzykuj, spróbuj. Przecież tego chcesz. Tak. Chcę przekazać czytelnikowi garść refleksji, które zgarnąłem podczas swoich podróży po Polsce. I chcę, by punktem wyjścia do ich snucia były odczytywane przeze mnie podczas Eucharystii słowa Pisma świętego. Nietypowe. Tak. Może być nudne? Oczywiście. A może fascynujące? To też jest możliwe. Zbyt poważne i refleksyjne? Niestety. Ale od razu robię zastrzeżenie. Nie jestem komentatorem biblijnego tekstu. Uważam, że takie komentarze są zajęciem dla teologów. A ja nim nie jestem. Więc? Opowiadam o swoich poruszeniach serca na tle czytanego tekstu. Udaję się w taką refleksyjną wędrówkę w głąb siebie i otaczającego świata, trzymając w dłoni kilka biblijnych wersów.

Ruszam razem z Tobą drogi Czytelniku z nadzieją, że dotrwasz ze mną do końca tej książeczki. A jeśli nie? Trudno. Świat jest pełen dobrych książek. Na pewno niejedna z nich trafi jeszcze do Twoich rąk. Wszystkich — zadowolonych i zawiedzionych — gorąco pozdrawiam.

Lektor



Fragmenty prozy

Mariusz Marczyk

Tarnica

Fragment książki Przez Bieszczady z Listami św. Pawła — przewodnik

N

asze życie jest wędrówką, czasami jest to całkiem spokojny marsz, częściej jednak towarzyszy mu zdobywanie, trud wspinania się na szczyt. Nawet jeśli ktoś pragnie odczuwać lekkość bytu, oczekuje tylko przyjemnych doznań, wolność kojarzy z korzystaniem z wszelkich możliwych uciech, to on także spotka w swoim życiu taki dzień, w którym odczuje, że zaczyna iść pod górę.

To znaczy mniej więcej tyle, że spacer przez życie powoli będzie się zmieniał w trud wspinaczki. Wprawdzie droga pod górę też znajduje się w bogatej ofercie przyjemności, a towarzyszący takiej wędrówce wysiłek nie musi obciążać, przeciwnie, może oczyszczać psychikę, poprawiać ogólny nastrój, ale wtedy, gdy ten trud nie jest już naszym wyborem, ale zaskakującą, często niechcianą koniecznością, wtedy przyjemne doznania znikają, a ich miejsce zajmuje trud, ból i cierpienie.

Mówimy wtedy, że mamy pod górę, że nie jest nam łatwo i jakże często zaczynamy się wokół siebie rozglądać. Zastanawiamy się, czy w tym nowym doświadczeniu wędrówki pod górę, jesteśmy sami, czy może tym samym szlakiem kroczą też inni.

Nagle okazuje się, że szlak jest pełen podobnych do nas ludzi. Co prawda zostaliśmy doświadczeni nieco inaczej, niż ten i ów idący obok nas wędrowiec, ale to nie zmienia faktu, że idziemy tą samą drogą i jest to droga pod górę. Przychodzi lęk, bo idąc pod górę nadal zmierzamy do celu, a wcale nie wiemy, czy ten cel zostanie osiągnięty. Czy starczy nam sił?

Życie kryje w sobie tyle niewiadomych. Któż nam może zagwarantować pewność zdrowia? Któż uleczy rany po utraconym w wypadku dziecku? Kto zagwarantuje, czy oszczerstwo, które dotknęło nas w środowisku pracy nie pozostawi piętna nieufności przebywających obok nas ludzi? Czy nieuleczalną chorobę osoby nam bliskiej dotknie cud uzdrowienia? Czy spłacimy zaciągnięty kredyt? Czy znajdziemy upragnioną pracę? Idziemy pod górę, wlokąc za sobą te pytania i razem z nami idzie nasze brzemię lęku.

Umysł podsuwa nam niepokojące myśli. Taką ulubioną myślą jest znieważanie samego siebie. Jestem nieudacznikiem, niewiele mi się w życiu udaje. Wciąż wszystko zawalam. Wszyscy wokół są szczęśliwi, ja mam popaprane życie. Zawsze w pobliżu znajduje się smutek i żal wyrażony w pytaniu, dlaczego ja, dlaczego akurat mnie to spotkało? Konsekwencje dojmującego żalu są dwukierunkowe: albo depresja i rozpacz albo gniew i wejście w spór z całym otaczającym nas światem. Takie wypowiedzenie wojny jest bardzo kosztowne, bo degraduje człowieka. Jest w gruncie rzeczy bezużyteczną donkiszoterią albowiem jest jedna strona sporu, po drugiej najczęściej nie ma nikogo, ale taki ścigany przez cierpienie człowiek widzi wroga, widzi w drugim człowieku żywą figurę swoich nieszczęść, w konsekwencji zadaje rany na oślep. Odwet to najlepszy sposób na uśmierzenie własnego bólu. Takie impulsy płyną z podświadomości. Im więcej zamętu, tym droga pod górę staje się coraz bardziej męcząca, tracimy siły, kres wędrówki jest dla nas nieosiągalny. Prawdopodobnie spadniemy w przepaść.

Skoro droga pod górę jest w jakiś sposób zdeterminowana przez los, czy jest jakiś inny sposób wędrowania, mniej uciążliwy, otwierający szanse zdobycia celu, którym jest szczyt. Czy ból wędrowania może zostać zneutralizowany? Czy mogę ocalić siebie? Swoją godność i wolność? Bo nie dość, że jestem doświadczany i raz po raz surowo chłostany przez życie, nie dość, że nie zawsze mam siły, by oprzeć się temu co złe i wciąż otwieram się na to, czym w gruncie rzeczy się brzydzę, to jeszcze stwierdzam, że ten świat, ta rzeczywistość nosi w sobie coś obcego, coś z czym absolutnie nie mogę się utożsamić. Tęsknię.

Za czym? Jak to wyrazić?

Człowiek chce odnaleźć swój dom. Tęskni za domem.

Co to za dom? Jak go opisać?

To dom ciszy i dobrych uczuć. Gdy o nim myślę, wydaje mi się, że to dom szczęśliwy i przepełniony radością. Gdy idę pod górę, a tą górą dzisiaj jest Tarnica, jestem pewien, że tam, na szczycie, będę bliżej domu. A może pojawi się tajemnicze odczucie, że na chwilę udało mi się przekroczyć próg tego domu, że jestem w nim, a jego pokój i cisza spoczęły w moim sercu. Przedziwne doświadczenie, w którym rozpływają się troski i smutki tego świata, choćby były najbardziej dotkliwe i bolesne, znikają. Tak jakby ten niechciany bagaż, który przecież cały czas niesiemy ze sobą, rozpłynął się.

Ale przecież wiem dobrze, że tam w dolinach zostanę na powrót związany, wpadnę w pojęczą sieć trosk i problemów i będę musiał z nimi żyć. A jednak po powrocie towarzyszyć mi będzie pamięć zdobytej góry, jednej z wielu, na którą wkroczyłem w swoim życiu. Pamięć domu, za którym znowu tęsknię. Pamięć oderwania od rzeczy tego świata i pamięć ciszy. Wiem, że zdobędę w swoim życiu jeszcze wiele gór. Przede mną wiele trudnych wspinaczek i wiele powrotów. Wciąż będę się rozglądał za nowymi szczytami, czasami to będą zwykłe pagórki, kiedy indziej iglice skał. Ale będę wracał. Będę szukał swoich gór, bo tęsknię za domem i tej tęsknocie nie mogę się oprzeć.

Idę, bo dzięki tej wędrówce wydaje mi się, że staję się lepszy. Kroczę, bo troski, które dźwigam przestają być ciężarem, choć wcale nie zniknęły. Idę, bo więcej rozumiem i zło któremu ulegam rozpływa się w modlitwie. Idę, bo choć jestem sam, wcale nie czuję się samotny. Idę, bo wyrażam prawdę swojego życia, a jest nią nie odstępująca mnie ani na chwilę tęsknota za domem. Idę, bo tęsknię za miłością, choć wciąż jest daleko, bo chcę mówić prawdę, a przecież nadal kłamię, bo mówię o pokorze, a uwodzi mnie pycha, bo chcę wyrazić radość, a gryzie mnie smutek, bo chcę milczeć, a mój język wciąż rzuca oszczerstwa. A ponieważ chciałbym wszystko uporządkować, zmienić swoje życie, więc idę pod górę z nadzieją i wiarą, że w końcu osiągnę swój cel, dom, za którym tęsknię.

I to jest właśnie taki los, chrześcijan, że idziemy pod górę, do źródła, bo tęsknimy za domem. W całej swej w pełni uświadomionej niedoskonałości z odwagą mierzymy się z kolejnymi szczytami w naszym życiu. „Uchodzący za oszustów, a przecież prawdomówni, niby nieznani, a przecież dobrze znani, niby umierający, a oto żyjemy, jakby karceni, lecz nie uśmiercani, jakby smutni, ale zawsze radośni, jakby ubodzy, a jednak wzbogacający wielu, jako ci, którzy nic nie mają, a posiadają wszystko” (2 Kor 6, 8-10).





 

Związek Literatów Polskich