Członkowie Oddziału

Rzeszów

Preambuła statutu ZLP


Związek Literatów Polskich jest zawodową organizacją pisarzy. Jego członkowie, w swojej twórczości i działalności, nawiązują do humanitarnych tradycji myśli ogólnoludzkiej, które w kulturze polskiej zawsze były zespolone z troską o dobro kraju i narodu. Kontynuacja tych tradycji oraz wszechstronny rozwój współczesnej literatury polskiej stanowią przedmiot starań i pracy wszystkich członków i władz Związku Literatów Polskich.



Związek Literatów Polskich

Menu

MIROSŁAW OSOWSKI



Mirosław Osowski

Pisarz i dziennikarz, od lat związany ze Stalową Wolą. Urodzony w 1942 r. w Grabowie k. Łęczycy. Tam też ukończył szkołę podstawową. Naukę kontynuował w LO w Łęczycy, w Niższym Seminarium OO Oblatów w Markowicach k. Inowrocławia oraz w LO dla Pracujących w Katowicach-Szopienicach. W latach 1961-1963 pracował jako górnik w Kopalni Węgla Kamiennego «Mysłowice». W 1968 roku ukończył filologię polską z tytułem magistra na Uniwersytecie Jagiellońskim w Krakowie. Po studiach pracował między innymi jako nauczyciel i dziennikarz. Od 1991 r. przebywa na emeryturze. Obecnie mieszka w Stalowej Woli.

Wieloletni współpracownik prasy regionalnej, pisywał m.in. do tygodnika «Sztafeta», «Tygodnika Nadwiślańskiego», «Echa Dnia». Autor reportaży z małych miasteczek do dwutygodnika «Sycyna», interesowała go przede wszystkim publicystka społeczna. Wiele miejsca jednak poświęcił sprawom miejscowej kultury. Przeprowadzał wywiady z amatorami artystami, kierownikami placówek kulturalno-oświatowych, bibliotek publicznych oraz relacjonował wystawy plastyczne, festiwale teatralne dzieci i młodzieży, konkursy muzyczne (m.in. ogólnopolski im. Janiny Garści w Stalowej Woli) oraz wiele innych imprez artystycznych, których bohaterami byli również artyści zawodowi — aktorzy, piosenkarze. Relacjonował spotkania autorskie i wieczory literackie w Miejskiej Bibliotece Publicznej w Stalowej Woli.

Recenzent tomików poetyckich, m.in. Włodzimierza Kłaczyńskiego, Mariana Berkowicza, Grzegorza Kociuby, Stanisława Dłuskiego, Ryszarda Mścisza, Lesława Jana Urbanka, Marii Kamil. Wiele artykułów poświęcił poetom i pisarzom związanym z naszym regionem, ukazując ich sylwetki i dorobek twórczy, m.in.: Ferdynanda Kurasia, Jana Wiktora, Stanisława Gębali, Bronisławy Ostrowskiej, Jana Marii Gisgesa, Juliana Kawalca, Stanisława Piętaka, Brunona Jasieńskiego, Józefa Mączki, Stanisława Jachowicza, Wincentego Burka, Wiesława Myśliwskiego.

W maju 2006 r. uczestniczył w kilkudniowej Międzynarodowej Sesji na temat Literatury Kresów Słowacji, Ukrainy i Polski, zorganizowanej przez Związek Literatów Polskich w Rzeszowie.

Twórczości literackiej na dobre podjął się dopiero po 2001 r. Wcześniej też zdobywał laury na regionalnych i ogólnopolskich konkursach prozatorskich, m. in. w Łodzi (1985) Mielcu (1988) Kutnie i Tarnowie (2001). Katowicach (2002). Jego opowiadania drukowała również «Twórczość» i «Nowa Okolica Poetów» oraz tarnobrzeski «Afisz». W 2002 roku otrzymał II nagrodę za opowiadanie «Szychta» i III — za wspomnienia w konkursie Górnośląskiego Towarzystwa Literackiego w Katowicach. W 2009 roku otrzymał III nagrodę na IX Ogólnopolskim Konkursie Literackim im. Szaloma Asza w Kutnie — za opowiadanie «Portret Dajana».

Laureat Literackiej Nagrody Miasta Stalowej Woli za 2003 rok — «Gałązka Sosny» za powieść «Tomasz» oraz nagrody Związku Literatów Polskich Oddział w Rzeszowie za 2006 rok — «Złote Pióro» za zbiór opowiadań «Tamte lata». Za tomik poezji «Jesień 2» został uhonorowany nagrodą Zarządu Oddziału Rzeszowskiego ZLP za 2010 rok. W 2011 r. wyróżniony nagrodą Zarządu Województwa Podkarpackiego w dziedzinie twórczości artystycznej, upowszechniania i ochrony kultury.

W sierpniu 2011 r. Ewa Duda z Telewizji Miejskiej Stalowa Wola przeprowadziła z nim wywiad w ramach cyklu «Rozmowy na każdy temat».



Biogram: Stalowka.NET — Encyklopedia miasta Stalowa Wola


Powieści i zbiory opowiadań, wydane drukiem:


» Tomasz, czyli wyznanie studenta z lat 60., Stalowa Wola 2002, ss. 195
» Świniobicie i inne opowiadania, Łęczyca 2003, ss. 157
» Domki z kart, Stalowa Wola 2004, ss. 178
» Tamte lata (opowiadania), Stalowa Wola 2005, ss. 161
» Powołanie, Stalowa Wola 2006, ss. 204
» Z nieba do piekła, Stalowa Wola 2007, ss. 210
» Jesień. Wiersze zebrane z lat 1970-2008, Stalowa Wola 2009, ss. 96
» Jesień 2. Wiersze zebrane z lat 1970-2009, Rzeszów 2010, ss. 80
» Szychta i inne opowiadania, Kraków 2010, ss. 85
» W krainie dzieciństwa. Wspomnienia, Stalowa Wola 2012, ss. 150
» Uniwersytecke lata. Kraków (1963-1968), Stalowa Wola 2013, ss. 180
» Saga rodu Oryszów. Część I. Powroty, Stalowa Wola 2014, ss. 166
» Saga rodu Oryszów. Część II. Zawiedziona miłość, Stalowa Wola 2015, ss. 184
» Saga rodu Oryszów. Cz. III. Człowieczy los, Stalowa Wola 2016, ss. 191


Kontakt elektroniczny

osowski4@wp.pl


W świecie poezji

Mirosław Osowski

pamięci Tadeusza Różewicza

i tak panie poeto
życie nam ucieka
spokojne pracowite
aż wreszcie milczenie
wieczne nadchodzi
od lat spodziewane
tylko insygnia próżności
zostały
by karmić młodych
złudzeniami
wkrótce spopielą ciało
w urnę włożą prochy
tyle z człowieka
do grobu zaniosą
bez żadnych łez
udawanych
przemówień
kłamstw słodkich
ciekawskiego tłumu
błysku fleszów
tylko świerków szum i brzóz
w oddali
na pożegnanie
niemych świadków historii


Kochanowski

najpierw kształcić się w Padwie
na uniwersytetach włoskich
potem zostać dworzaninem królewskim
na Wawelu poznać politykę nikczemną
i nadal bawić się jak ongiś w żaka
wesoło pośród towarzyszów z wina dzbanem
nie dać spać doktorowi Hiszpanowi
pisać fraszki a także frywolne pieśni miłosne
by w końcu o dziwo! zostawić wszystko
ożenić się i osiąść na prowincji
w odległym od Krakowa Czarnolesie
na wsi zaszyć się jak mnich i tworzyć
latem pod lipą dającą ukojenie
zostać ziemianinem i ojcem licznej rodziny
pisać nie tylko na zamówienie epitalamia
na wesela arystokratów i Odprawę posłów greckich
ale także z serca i potrzeby ducha
jak ukochany Horacy rzymski poeta
szukając piękna i pochwałę prawości
we wszystkim koniecznie aurea mediocritas
tłumaczyć z Hieronimowej Wulgaty
psalmy wielbiące wielkość i miłosierdzie
Boga na wdzięczny ojczysty język
a gdy nadejdzie rozpaczy godzina zapłakać
w trenach po śmierci Urszulki
opiewać w nich ojcowskie bole
także stoicki spokój i wiarę w nieśmiertelność


Mikołaj Rej z Nagłowic

upłynęło lat wiele od zbijana bąków
polowań w lesie i gonitw po polach
wesołego życia na dworze Tęczyńskich
gdy frywolny młodzieniec zmienił się
w pilnego ucznia rozczytanego w księgach
łacińskich i greckich
chłonąc nowinki nauki pobożnych mężów
Kalwina i Lutra
— dość sprośnych fraszek tworzonych
dla frywoli kompanów na uczcie
nie po tom rymopisarzem został
chcę świat zmieniać na lepsze —
natchnienia szuka Mikołaj w Biblii
nabożnie i z uwagą słucha
wieści płynące z Zachodu
nie wystarczają już niedawnemu prostaczkowi
uczone słowa
trzeba pisać i to w języku który się rozumie
przecież Polacy nie gęsi lecz swój język mają
postyllę i żywot człowieka
poczciwego nie wadzi i uchodzić za mędrca
równego teologom i kaznodziejom w zborach
bawić się w dobrego ziemianina
i prawego obywatela Rzeczpospolitej
posłować na sejmach pod wpływem nowinek
zmieniać często wyznanie nawet
napadać w ferworze na kościoły papistów
i odstępców prawdziwej wiary
najważniejsze by znaleźć szczęście na ziemi
a nie tylko w niebie
prawując się i kosztując z rozkoszą
darów bożych wiejskich wywczasów
także jadła i trunków wszelakich
z obfitej domowej spiżarni


Morsztyn — dworski poeta

ach wiersze! miłosne! sonety! pieśni!
najważniejsze subtelność i powab wszelaki
nie dbać o wydanie cieszyć się pięknem
każdą przenośnię rozbudować aż do przesady
najprostszą rzecz nazwać skomplikowanie
ozdobić wiersz niezwykłym porównaniem
najlepiej homeryckim i czymś tam jeszcze
metafor wytwornych zastosować wiele
najważniejsza wszak w wierszu figura
wszystko się musi kolorami mienić
najlepiej złotem to symbol bogactwa
jak jasność w ciemności i gwiazda Północy
a jeszcze stosować szyk przestawny jakiś
inaczej za łatwo a tak brzmi kunsztownie
rytm i rym mają być niczym mechanizm
zegara na ratuszowej wieży
a wszystko jak ufryzowana peruka noszona
od święta opadająca do ramion
obsypana obficie pudrem
wiernie też trzeba służyć władcy
który dobrze płaci niekoniecznie swojemu
wiarołomstwo a cóż to za grzech żaden
w dyplomatycznych podróżach świat
poznawać i zwiedzać zamki nad Loarą
schlebiać nie tylko kobietom pięknym
zalotnie kokieteryjnie się do nich uśmiechać
wtedy na dworze dostrzegą niebawem
i nagrodę dadzą nie tylko w dukatach
złotych ale też we francuskich luidorach
przecież nawet w Rzymie niegdyś mówiono
pecunia non olet


matka

pamiętam jak chodziłaś o trzeciej rano
niezależnie od pogody i pory roku
po chleb i bułki do piekarni
na drugi koniec miasteczka
bo tam u Kulińskiego były zawsze dobre i świeże
pachnące i chrupiące i tak cudownie
smakowały nam na śniadanie
z masłem i truskawkowym dżemem
spaliśmy jeszcze twardo w łóżkach pod pierzyną
czekając aż piec się nagrzeje
ten między pokojem i kuchnią
wczoraj przecież szaleliśmy na śniegu
wiadomo jak ciężko wstać
gdy w mieszkaniu jest chłodno
do tego kaflowy piec opalany węglem
a gdy go brakło także torfem
kupionym w środę na targu

pamiętam jak z chustką na głowie idziesz
pochylona od trosk codziennych
z płaską latarką w ręce
przez nieoświetlone ulice miasteczka
wyłożone popękanymi cementowymi płytami
by stanąć w długiej kolejce
przed jedynym sklepem mięsnym
by koniecznie być pierwsza
i kupić coś na zupę
a może nawet — jak się uda —
kawałek kiełbasy na niedzielę

pamiętam jak chodziliśmy
na nocną wartę — nazywała się szarwarkiem —
takie polecenie z urzędu gminy
pilnować przed pożarem stojące
wokół grabowskiego ryneczku
drewniane pożydowskie domy pozostałe po zagładzie
i te nasze murowane jak remiza strażacka czy apteka i kościół
(dzieciom — wiadomo — ciężko wstawać) dlatego
nie budziłaś nas ze snu szłaś sama drżąca
schorowana przejęta strachem
rano znów przecież trzeba wrócić
do kuchni prania sprzątania
obrządzania domowych zwierząt
do noszenia wody ze studni stojącej
w rynku ze świętym Wawrzyńcem
w dwóch emaliowanych czy ocynkowanych wiadrach

pamiętam też twoje siwe włosy
i zmarszczki na twarzy
z bólu i cierpienia
twoje łzy spadające z oczu
gdy przytrafiło się nam
twoim dzieciom
w życiu coś złego



Fragmenty prozy

Mirosław Osowski, Saga rodu Oryszów

Część III. Człowieczy los


(fragment powieści — „Kasztan”)


S

trońscy kupili Kasztana na targu w Świnicach. Był ciemnobrązowej maści z czarnym włosiem na wysokim karku i długim ogonem oraz gwiazdką na czole. Wyglądał na prawdziwego araba. Kupili go co prawda do roboty, ale oszczędzano go trochę i w zaprzęgu chodził na razie rzadko. Trzeba go było oswoić i wiele jeszcze nauczyć. To zadanie wziął na siebie Paweł, który po skończeniu szkoły pozostał w domu, by pomagać rodzicom i uczyć się rolniczego rzemiosła. Wiedzę wyniesioną w domu uzupełniał wieczorami w szkole przysposobienia rolniczego, którą otworzono niedawno w gminie. Chodził tam już drugi rok. Matka z ojcem spodziewali się, że kiedyś obejmie po nich gospodarstwo, zresztą jedno z największych w okolicy. Paweł pogodził się z losem. Polubił pracę w polu i gospodarzenie na wsi. Nie zamierzał wyemigrować do miasta, jak większość jego kolegów, z którymi chodził do szkoły. „Nawet gdyby go powołano do wojska, to i tak potem wróci do domu, do gospodarstwa” — zapewniał rodziców i dziadków. Strońskim zdawało się, że mają już wyznaczonego dziedzica i spadkobiercę. Cieszyli się tak udanym synem i wnukiem. I z tymi myślami i nadziejami się nie rozstawali, ciężko pracując od świtu do nocy, a także udając się na spoczynek. Mieli już dla kogo robić. To było dla nich pocieszeniem za ciężki trud i codzienne wyrzeczenia.

— To będzie mój koń — cieszył się szesnastoletni Paweł, poklepując go po brzuchu i zadzie. — Popatrz, jaka piękna maść!

— O, zaraz twój — droczył się Wincenty, spoglądając z uśmiechem na syna.

— Będę ciągle zaglądał do stajni.

— Po tygodniu ci się znudzi. Mówię ci. W głowie teraz chłopakom motory i samochody, a nie konie.

— A gdzie tam znudzi... Wolę konie niż motory i samochody.

— Zobaczymy, co powiesz za dwa lata. Biernacik mówił, że koń jest narowisty i lubi wierzgać.

— Dam sobie z nim radę. Zobaczysz?!

— Pamiętaj, żebyś podchodził do niego zawsze z boku! Nigdy z tyłu!

— Będę, będę! — Cieszył się oczarowany chłopak, klepiąc swego ulubieńca, Kasztana.

Przecież konie dla Strońskich to żadna nowość. Bo to mało ich mieli w gospodarstwie: lepsze i gorsze, duże i małe, białe i czarne, bułane i pstrokate, a nawet takie, co nie dały się zaprząc do wozu. Tak, tak! Bywało, bywało. Z czasem każdy się oswajał i robił to, co mu nakazano, a na końskie fochy wystarczył dobry bat i wędzidło. Taki już koński los. Nawet ten najbardziej ostry koń, jeśli jest dobrze wyćwiczony, chodzi potem w kieracie jak trzeba. Nie buntuje się w robocie. Nie wierzga. Podobnie będzie z tym, na pewno. Nie może być inaczej. Paweł sam go zaprzęgał i wyprowadzał ze stajni, która była murowana i miała betonowe koryta. Miejsca wolnego za wiele w niej jednak nie było. Cztery konie wypełniały całkowicie jej przestrzeń. Gdy się do niej weszło, w powietrzu unosił się zapach końskiego potu i moczu.

Paweł cierpliwie z nim ćwiczył. A chodził koło niego jak koło małego dziecka. Po paru miesiącach zdawało się, że koń już całkiem oswojony. Czasami jeszcze wierzgnął, to prawda, ale tylko wtedy, gdy zobaczył obcego albo przejeżdżający samochód. Wtedy płoszył się, denerwował, ale mocno pociągnięty lejcami za uzdę, zaraz się uspokajał. I zdawało się Strońskim, że koń już całkiem oswojony, i niedługo będzie nim można jeździć w pole.

Kiedy wszedł do stajni wsypać Kasztanowi do koryta owsa, ten stał spokojnie. Zatrzymał się z tyłu, chcąc go przyjaźnie poklepać po pięknym, okrągłym zadzie. Koń radośnie zaparskał. Spojrzał na niego jeszcze raz przyjaznym okiem. „Jaki wspaniały! I co tu porównywać Kasztana z jakimś motorem, nawet czeską jawą czy węgierską panonią!” Ale Kasztan nagle wierzgnął i stanął dęba. I kiedy Paweł chciał się odsunąć, odczuł bolesne uderzenie podkową. Upadł jak kłoda, drzewo ścięte siekierą. W oczach mu pociemniało.

— O, Jezu! O, Jezu! Mamo, tato! Ratujcie! — krzyczał resztkami sił, aby ktoś w domu usłyszał.

Marta przystanęła i spojrzała w okno. Krzyk się powtórzył. Wyskoczyła z domu, a za nią Wicek. Kiedy znaleźli się przy stajni, zobaczyli syna w kałuży krwi.

— Co się stało? — zawołał Wincenty.

Paweł wskazał palcem na konia.

— To on... Kasztan... Kopnął mnie... tu — pokazał ręką poniżej klatki piersiowej — Boli... strasznie... Nie wytrzymam... O, Jezu! — I głowa mu opadła.

Zdążyli tylko go odciągnąć i coś podłożyć pod głowę.

— O, Jezu, Jezu!... — lamentowała Marta. — Leć no szybko, wezwij lekarza, pogotowie, albo coś... Synku mój, synku, coś ty nam narobił dobrego?! O, Jezu! O, Jezu! Po coś tam chodził?!

— Uważaj, by nie zadławił się krwią — krzyknął Stroński i jak w transie pobiegł szybko do sołtysa.

— Panie Marciniak, na Boga, szybko, dzwoń pan! Syn ranny. Pogotowie! Natychmiast!

— Co się stało!

— Nie pytaj, pan! Ale dzwoń!

Marta klęczała przy synu, obejmowała go rękami i płakała.

— Coś ty nam zrobił, dziecko?! Coś ty nam zrobił?!

Karetka na sygnale przyjechała za pół godziny. Stanęła pod samym domem, tuż przed kagankiem. Wyszedł z niej człowiek w białym kitlu i w okularach.

— Gdzie ranny?

— Tam, panie! Leży... — pokazał ręką Wincenty.

Lekarz dotknął ręki i zbadał puls.

— Jeszcze żyje.

Stroński z sanitariuszem przeniósł syna na nosze.

— A teraz do samochodu! — zawołał pielęgniarz.

— Jedź pan, jak najszybciej!

— Do szpitala!?

Stroński bez najmniejszego zastanowienia, w tym, w czym był ubrany, wsiadł z nimi do karetki.

Marta siedziała na progu i cicho płakała. Stara przywlokła się z ogródka, w którym od rana siedziała i pieliła grządki.

— Nieszczęście, nieszczęście!... Gdzie mój syn, gdzie mój Pawełek. — Marta biła się pięścią w głowę. — O, Boże! Boże miłosierny! Po co on wchodził do tej stajni?

Stara objęła Martę ramieniem i zaprowadziła do pokoju.

— Uspokój się, przecież jeszcze nic nie wiesz. A może będzie dobrze?

Zbliżało się południe. Na podwórze padał cień domu. Kury grzebały w ziemi, szukając robaków. Wróble się gdzieś pochowały w gałęziach drzew. Tylko para gołębi gruchała na dachu. Stary wrócił z pola, gdzie kosił koniczynę, postawił widły przy murze a kosę zawiesił na kołku przy oborze, siadł w kącie i milczał. Wszystko wydawało się jakieś dziwne. Kobiety płakały. A syna i wnuka nie było. Co się mogło stać? Czy jakieś nieszczęście? Wszedł do obory. Niczego w niej nie zauważył. W stajni też konie stały przy żłobie. Tylko przy wrotach zobaczył krew. To go zaniepokoiło. Wszedł do mieszkania i zapytał żony.

— Czemu tak lamentujecie?

— Pawełka wzięli do szpitala. Kasztan go kopnął.

— Aaa? — Wiedział już wszystko. Wyszedł przed dom i siadł na ławce.


N

a dworze zmierzchało. Wszędzie panowała cisza i spokój. Na niebie pojawiły się pierwsze gwiazdy. Na odległym stawie kumkały żaby. Ptactwo pochowało się już w gałęziach drzew. Kury już od blisko godziny siedziały w kurnikach. Gdzieniegdzie ujadały tylko wiejskie psy, uwiązane na łańcuchach. Od czasu do czasu zaryczała w oborze krowa. Wieś pogrążona była we śnie.

Stroński przyjechał pod wieczór kursowym autobusem i wszedł ociężałym krokiem do kuchni. Miał ziemistą twarz. Siadł zmęczony na krześle. Patrzyli na niego w milczeniu. Nasłuchiwali, co powie. Jaką też przyniósł wiadomość? Dobrą czy złą?

— Nie mamy już naszego Pawełka... Koniec... — powiedział głuchym, bezbarwnym głosem. — Od uderzenia kopyta pękła śledziona i wątroba.

— O, Boże!

Rozległ się głośny szloch. Nikt już nie tamował tego, co miał w środku. Zniknęła reszta nadziei, którą jeszcze przed chwilą żywili. Wicek wyszedł na podwórze. Nie mógł już tego dłużej słuchać. To było straszne i niewiarygodne. A jednak prawdziwe! Jeszcze raz spojrzał na dom pogrążony cały w żałobie. W oborach też było cicho, jakby makiem zasiał. On jeden musiał zapanować nad wszystkim. Nawet teraz nie mógł tracić głowy. Musiał zresztą pójść zawiadomić sąsiadów, aby zajęli się inwentarzem. Nikt z domowników przecież nie był do tego zdolny. Włożył czapkę na głowę. I ruszył hen przed siebie.



Fragmenty prozy

Mirosław Osowski, Uniwersyteckie lata, Kraków (1963-1968)

(fragment)

Beanus czyli początek


G

dy dostałem się na studia, nie miałem żadnej pewności, z czego się w Krakowie utrzymam, za co będę żył, bo dochody rodziców były naprawdę niewielkie i oboje mieli już ponad sześćdziesiąt lat. Na szczęście otrzymałem wszystkie formy pomocy stypendialnej. Mogłem więc podjąć studia nie licząc na nikogo.

Mieszkanie otrzymałem chyba najgorsze, jakie było w akademiku: narożne i bez parkietu. Miało tylko betonową polakierowaną posadzkę. Łóżka były piętrowe, żelazne i bardzo już zużyte, z brakującymi sprężynami. Zaraz pierwszego dnia zjawili się jacyś studenci zbierający pieniądze na kwiatki dla Jego Magnificencji Pana Rektora prof. dr. Kazimierza Lepszego. Oczywiście, był to niewinny żart, o czym mogłem niebawem się przekonać. „Kawalarzami” — jak się później dowiedziałem — próbującymi naciągnąć beana byli dwaj studenci polonistyki z drugiego roku: Józek Koluch i Maciek Malik.

W pokoju 437a byliśmy zakwaterowani tylko we dwójkę: ja i Staszek Gola, który już wówczas był uważany za poetę (dziś jest uznanym poetą, autorem wielu tomików poetyckich i laureatem niezliczonej ilości konkursów poetyckich, mieszka w Bielsku-Białej). Niebawem dołączyło do nas trzech „waletów”: Marian Kurek, niedokończony absolwent geografii, rodem z Chorzowa, Rysiek Górnisiewicz, z drugiego roku historii i szkolny kolega Staszka, student AGH — obaj z Bielska-Białej. I co najciekawsze, najwięcej do powiedzenia mieli w pokoju właśnie oni. Na przykład Marian Kurek dwa, trzy razy w tygodniu przyprowadzał do pokoju w czasie odwiedzin swoją sympatię. Kiedy ona przychodziła, musieliśmy się wynosić z pokoju. Ale to dało się nawet jakoś wytrzymać. Natomiast do częstych konfliktów dochodziło między mną a Ryśkiem Górnisiewiczem, który, czym się absolutnie nie chwalił, był już żonaty. Nie wiem, dlaczego Górnisiewicz wybrał mnie jako ofiarę swoich złośliwości? Czy dlatego że miałem trudny charakter, czy też mnie po prostu nie lubił? Trudno powiedzieć. Wyjątkowo mi jednak dokuczał, co prawda nie każdego dnia, bo bywały chwile, że żyliśmy w zgodzie. Ba, pewnego razu próbował mnie nawet skontaktować i umówić z docentem dr. Wacławem Felczakiem, swoim wykładowcą, a moim krajanem, znającym także moich rodziców, u których w czasach szkolnych, przed wojną, zostawiał rower. Felczak ponoć prosił, abym przyszedł przed wykładem. Zapewne chciał mnie bliżej poznać i dowiedzieć się, co się dzieje w rodzinnych stronach, zapytać może o znajomych w Chorkach i Grabowie, bo jego najbliższa rodzina, siostra, już się stamtąd wyprowadziła. Niestety, na to spotkanie nie poszedłem, bo się wstydziłem i krępowałem, nie będąc do końca pewny, czy Górnisiewicz mówi prawdę. I przez ten brak odwagi i kompleksy nie poznałem wybitnego krakowskiego historyka, znawcę dziejów Węgier, wspaniałego człowieka, wojennego kuriera i więźnia politycznego z czasów PRL, skazanego na karę śmierci i później amnestiowanego.

Górnisiewicz tak mi dokuczał w pokoju, że któregoś dnia nie wytrzymałem i rzuciłem się na niego z nożem. Chciałem go tylko tym wybuchem gniewu postraszyć, bo nie miałem odwagi pójść do kierownika domu studenckiego, pana Buszka i zadenuncjować „waletów”, tj. nielegalnych mieszkańców, a przynajmniej prosić go o zmianę pokoju, choć to było możliwe. Nadal więc cierpiałem i na to, co robili, już nie reagowałem. Ba, któregoś dnia wybrałem się nawet z Marianem Kurkiem na wódkę, oczywiście ja stawiałem, on zaś pełnił rolę gościa. Zaimponowało mi, że on, prawie już absolwent UJ (nie obronił jeszcze pracy magisterskiej), i ja, początkujący student, możemy być akademickimi druhami.

Staszek Gola, podobnie jak ja prawowity mieszkaniec pokoju, miał przynajmniej porządne, pojedyncze łóżko i nikt nad nim nie spał. Miał więc sytuację prawie komfortową. Ja zaś spałem na parterze łóżka piętrowego i nad sobą miałem studenta z AGH, szkolnego kolegę Staszka (obaj chodzili w Bielsku do tego samego technikum), sprowadzonego na moje nieszczęście właśnie przez niego do naszego pokoju. Ów bielszczanin, sympatyczny zresztą chłopak, zwykł na piętrze przed zaśnięciem wykonywać część swoich ćwiczeń z hantlami, bo podobnie jak Staszek był zapalonym kulturystą. Ponieważ był to wyjątkowo spokojny, starałem się, nie wchodzić z nim w konflikty, choć było to ponad ludzkie siły.

Staszek Gola, oczywiście cały czas rozmyślał i pisał wiersze. Miał nawet własną zdezelowaną maszynę, co w tamtych czasach było niezwykłą rzadkością i od razu podnosiło rangę poety. Mogłem z nim nieraz podyskutować, a nawet odważyłem się pokazać mu swoje próby prozatorskie. Ale Staszek traktował mnie trochę z góry, bo miał już za sobą pierwsze publikacje w „Tygodniku Kulturalnym” i w prasie codziennej, bodajże w dodatku tygodniowym do śląskiej „Trybuny Robotniczej”. Był ponadto laureatem konkursów poetyckich. Niestety, wspólnego języka jednak nie mieliśmy ze względu na odmienne doświadczenia życiowe i usposobienie. Ceniłem go za silny charakter i subtelną, wrażliwą osobowość. Staszek starał się wcielać w życie starożytną grecką zasadę: sana anima in sano corpore (w zdrowym ciele zdrowy duch). Chętnie też grał na krakowskich Błoniach, znanych obecnie wszystkim ze spotkań z papieżem, w piłkę, a w podziemiach akademika ćwiczył zawzięcie hantlami i dźwigał sztangę. Obaj chodziliśmy również na pływalnię KS „Wisła”, dostępną wówczas dla studentów bezpłatnie.

Staszek brał także aktywny udział w studenckim życiu kulturalnym. Należał nawet do jakiegoś teatrzyku, utworzonego przez studentów polonistyki. W maju 1964 r., bodajże z okazji Dni Prasy i Książki, zaproszony przez Staszka, wyjechałem z jego teatrzykiem na jakąś podkrakowską wieś. W teatrzyku, jak pamiętam, występowała również Tereska Walasówna, wówczas jego koleżanka z roku, a także Basia Sosień, wtedy studentka II roku romanistyki. Dla mnie jazda w takim sympatycznym i inteligentnym towarzystwie była prawdziwą frajdą. No i powoli wchodziłem w ten zaczarowany, nieznany mi wcześniej akademicki świat.

Pierwszy rok rozpoczęło na polonistyce ponad 200 osób. Byliśmy poza prawnikami najliczniejszą grupą studencką. Wykłady i ćwiczenia mieliśmy w „Gołębniku”, czyli przy ulicy Gołębiej 20, natomiast wykłady z gramatyki opisowej z prof. dr. Stanisławem Jodłowskim w Collegium Novum. Na pierwszym roku — jak to zawsze bywa — chodziliśmy na nie gremialnie, gorzej było w latach następnych, gdy staliśmy się już akademickimi rutyniarzami. Wykłady prof. Tadeusza Ulewicza z literatury staropolskiej, znakomitego interpretatora średniowiecznych i renesansowych tekstów, cieszyły się ogromnym powodzeniem, ponieważ mówił ciekawie i z przekonaniem, a także barwnie i żywo. Dlatego sala wykładowa była zazwyczaj pełna. Choć oczywiście nie omieszkaliśmy sobie z jego ekspresji słownej niekiedy trochę żartować. O wiele mniej interesująco wyglądały wykłady doc. Dr Madurowicz-Urbańskiej z historii, przepełnione rozważaniami gospodarczymi, które — nie wykluczam — dla historyka ważne, nas po prostu nudziły. Potem zastąpił ją dr Marian Zgórniak, którego poznałem wcześniej na egzaminach wstępnych. To on powiedział mi, gdy go zapytałem, jak wypadłem podczas rozmowy, abym się nie martwił, dając tym samym do zrozumienia, że będę na studia przyjęty. Prof. Stanisław Jodłowski, wówczas współautor jedynego „Słownika ortograficznego”, jakkolwiek miał złą sławę wśród dziewcząt, które — jak głosiła fama — przy egzaminach je molestował, to jednak wykładowcą był bardzo dobrym. Wykłady prowadził lekko i dowcipnie, nie przeładowując materiałem, nie przemęczając i nie nudząc, dając nawet po 45 minutach zajęć dziesięciominutową przerwę. Były one raczej uzupełnieniem podręcznika niż właściwym materiałem do egzaminu. Niestety, profesor nawet w czasie wykładów nie mógł się powstrzymać od mizdrzenia się do dziewcząt. Brał je do tablicy, a potem delikatnie gładził po rękach i po ramionach. Robił to, co prawda, niby żartobliwie, ale potwierdzał tym samym krążące o nim anegdoty i opinię erotomana. Pamiętam jedną z nich:

„Profesor Jodłowski egzaminuje w swoim gabinecie jakąś studentkę i zaczyna się do niej przytulać i gładzić jej nogę od kolana w górę. Dziewczyna woła z przerażeniem:

— Ależ, panie profesorze!

Na to Jodłowski odpowiada spokojnie, machając zwyczajowo ręką:

— Staremu profesorowi wszystko wolno”.

Skórę miał też całą zaczerwienioną i chropowatą, bo cierpiał na jakąś chorobę, może alergię, i musiał się często pudrować. Miał więc, biorąc pod uwagę wiek, wygląd „obleśnego satyra”. Prof. Jodłowski — jak plotkowano wśród nas — próbował także obmacywać studentki podczas egzaminów, a nawet robić im sprośne propozycje. Czy to jednak były tylko anegdoty, wyssane z palca, czy prawdziwe fakty, trudno powiedzieć. W każdym razie trudno to potwierdzić poza przywołaniem krążących wówczas plotek. Jodłowski miał jednak etat na WSP, a nie na UJ. I był członkiem centralnych władz Stronnictwa Demokratycznego, a później także posłem na sejm.

W grupie proseminaryjnej, ćwiczeniowej, oprócz mnie byli jeszcze trzej koledzy, m.in. Jacek Szurek z Biecza, Wojtek Dora z Krakowa i Staszek Jaworski z Tuchowa. Jednak wszyscy się wykruszyli na pierwszym i drugim roku, i to nie z powodu że byli gorsi ode mnie, ale dlatego że wyraźnie lekceważyli sobie naukę. Jacek był studentem wyjątkowo uzdolnionym humanistycznie, jednak wolał zajmować się tym, co go wówczas interesowało, a więc literaturą bałtoludów — litewską, łotewską i estońską niż gramatyką opisową. Jakkolwiek zdał egzamin z literatury na dobry, bo był w niej bardzo dobrze zorientowany i świetnie pisał, to jednak oblał egzamin z gramatyki u prof. Jodłowskiego, gdyż do tego przedmiotu nie przywiązywał zbyt wielkiej wagi i znaczenia. To samo miało się powtórzyć w sesji poprawkowej, a także w następnym roku. Już wcześniej odpadł Staszek Jaworski, który nie został nawet dopuszczony do egzaminów. Był to jednak całkiem niedojrzały młodzieniec, który dwukrotnie próbował studiów polonistycznych, ale bez skutku, bo nie potrafił się w ogóle zmobilizować do nauki. Chodził tylko po Krakowie, a czas spędzał najczęściej na odwiedzaniu kolegów w akademiku i przyjacielskich pogawędkach. Los miał mnie jeszcze raz z nim zetknąć, ale wówczas, gdy ukończyłem już studia i podjąłem pracę w Tarnowie. Spośród czterech chłopców z naszej grupy ćwiczeniowej na drugim roku pozostał tylko Wojtek Dora i ja, a potem, na trzecim — byłem już sam.

W grupie było nas ponad dwadzieścia osób. Już na początku studiów wpadła mi w oko bardzo dorodna dziewczyna, Wanda Grzywa, która pochodziła z Pszczyny z rodziny nauczycielskiej. Interesująca była także pod względem urody Aldona Sudacka, studiująca obok polonistyki również drugi kierunek — historię sztuki. Właśnie w niej zakochał się romantycznie i po same uszy Jacek Szurek, ale jej ambicje sięgały wówczas niezwykle wysoko, zbyt wysoko, aby mogła Jacka, młodszego od niej rok czy dwa, szlachetnego i prostolinijnego chłopca, traktować poważnie. Do ostatecznego rozstania między nimi doszło bodajże na zamku w Łańcucie, gdzie Aldona odbywała praktykę studencką.

Ćwiczenia z literatury prowadził Tadeusz Bujnicki, wtedy jeszcze magister, ale za rok czy dwa doktor, syn poety Teodora, wileńskiego żagarysty, ponoć skazanego na śmierć i zabitego przez AK „za współpracę z sowieckim okupantem”. Taką wersję podaje Czesław Miłosz, kolega i przyjaciel Teodora Bujnickiego. Tadeusz Bujnicki mówił jednak o zabiciu ojca przez NKWD, choć nie wykluczał i takiej możliwości, bo wyrok wykonano w nocy, obok domu. Zrobili to — jak mówił — jacyś cywile, którzy wywołali go z domu. Obecnie ten pogląd trzeba ostatecznie zweryfikować i uznać wersję podaną przez naszego noblistę za pewną.

Bujnicki był niezwykle miłym i sympatycznym, delikatnym i wrażliwym, mądrym i skromnym, uprzejmym i kulturalnym, robiącym wrażenie nieśmiałego. Dlatego bardzo go lubiłem i szanowałem. Być może to zadecydowało także, że na trzecim roku wstąpiłem do partii, której Bujnicki był członkiem. Parę razy gościłem też w jego mieszkaniu, wytypowany przez koleżanki z grupy do złożenia mu życzeń imieninowych. Chodziłem do niego razem z Basią Młodzińską, pełniącą funkcję starościny. Bujnicki przyjmował nas skromnie, lecz zawsze gościnnie, częstując lampką koniaku lub whisky i ciasteczkami oblewanymi czekoladą, i chwilę z nami gawędził, wspominając własne lata akademickie.

Nigdy się nie zdarzyło, aby Bujnicki podniósł na nas głos, choć może nieraz dawaliśmy do tego istotne powody. Był co prawda wymagający, ale bez zbytniej przesady. Ci, którzy na przykład notorycznie opuszczali zajęcia lub nie brali udziału w dyskusji, musieli zdawać kolokwium, ale każdy znał te zasady i wiedział, co go czeka, gdy będzie je lekceważył. Bujnicki zawsze starał się na zajęciach zachowywać stoicki spokój. Mówił półgłosem. Do nas, studentów, był nastawiony przyjaźnie, ale nigdy się z nami nie spoufalał. Cały pierwszy rok omawialiśmy na ćwiczeniach staropolskich pamiętnikarzy i ich wpływ na twórczość literacką Henryka Sienkiewicza, a szczególnie na „Trylogię”. Problematyka ta — o czym się później dowiedziałem — była związana z jego pracą doktorską. Zajęcia były prowadzone w miarę ciekawie, ale, jak to zawsze bywa, nie wszystkich to, co omawialiśmy, interesowało. Wielu z nas nie miało pojęcia na czym polegają studia, różniące się znacznie od szkolnego systemu lekcyjnego, do którego dotychczas byliśmy przyzwyczajeni. Jeśli chodzi o mnie, to chętnie uczestniczyłem w dyskusji, bo to odpowiadało mojemu temperamentowi, ale niestety nie wszyscy w grupie przejawiali taką aktywność i dlatego czasami Bujnicki musiał swoim wypróbowanym sposobem do zabierania głosu niektóre osoby po prostu przymuszać i zachęcać słowami:

— A może teraz powie nam coś na ten temat pan(i) X czy Y.

Wywołana delikwent(ka) zazwyczaj mocno się jąkał i najczęściej powoływał się na wcześniejsze wypowiedzi kolegów i koleżanek.

Do egzaminu z literatury staropolskiej musieliśmy się dodatkowo przygotować ze znajomości zabytków Krakowa i pamiątek literackich, tak jak wymagał tego prof. Tadeusz Ulewicz. Dlatego podczas majowych ćwiczeń Bujnicki wybrał się z nami na zwiedzanie miasta, występując w roli przewodnika. Niespodziewanie podczas jednej z ulicznych wędrówek zaskoczyła nas okropna ulewa. Akurat szedłem tuż obok niego. Bujnicki wyciągnął wspaniałomyślnie parasol i trzymał go tak udanie, że ja byłem suchy, a on — gdy spojrzałem z boku — całkiem przemoknięty. Mimo to milczał i szedł dalej. Taki właśnie był: szlachetny aż do przesady.

Kiedy już kończyłem studia, Bujnicki został sekretarzem komitetu uczelnianego. Funkcję tę pełnił zresztą dość krótko. Odwiedziłem go wówczas w komitecie i zastałem siedzącego przy partyjnych kartotekach i narzekającego na wielki „bałagan”. Zabierał się właśnie do porządkowania dokumentacji. Tak wyglądały czasami partyjne obowiązki, a w papierach zamiast sekretarki grzebał naukowiec. Potem — jak się dowiedziałem — Bujnicki przeniósł się na Uniwersytet Śląski, który wtedy zapewniał samodzielnym pracownikom nauki lepsze warunki egzystencji i możliwości awansu. Mile go jednak wspominam jako naszego opiekuna i dobrego człowieka.

Reprezentowałem naszą grupę we wszystkich prawie sprawach. Jako najstarszy wiekiem godziłem się na tę rolę, choć wcale to wyróżnienie mnie nie bawiło, ale co miałem robić, gdy tak sobie życzyły i zadecydowały moje koleżanki. Takim samym liderem była także Basia Młodzińska, która potem, bodajże na czwartym roku, została także wybrana przewodniczącą samorządu w „Nawojce”, a następnie, na piątym, wyszła za mąż za Wojtka Dębickiego, prawnika, przewodniczącego „Żaczkowego” samorządu. Ich ślub odbył się, o ile pamiętam, w juwenalia. Przyglądał się temu cały akademicki Kraków, bo odbywał się z wielką pompą i hałasem oraz w teatralnej otoczce. Państwo młodzi jechali powozem zaprzężonym w białe konie. Nie wiedziałem, że takie wydarzenia mogą nawet przejść do uniwersyteckiej historii.

Ćwiczenia z gramatyki opisowej, a potem także historycznej, prowadził z nami dr Andrzej Koronczewski, osoba szlachetna, lecz impulsywna i niezrównoważona. Zdarzyło się, że parę razy z mojego powodu omalże nie rozbił krzesła. Bo do ćwiczeń z gramatyki tak naprawdę mało się przygotowywałem, gdyż podziały głosek czy upodobnienia niewiele mnie interesowały. Były to sprawy — jak na mój gust — zbyt drobiazgowe, i nie zawracałem sobie nimi głowy. Moją wyobraźnię już wtedy zaprzątały problemy transcendentne i literackie. Gramatyka zaś wydawała mi się oschłą, nudną i niegodną mojej uwagi; rodzajem rozwiązywania prostych łamigłówek. Przy zapisie fonetycznym nie obchodziły mnie żadne kropki czy ogonki, którymi zaznaczano wymowę poszczególnych głosek i z tego powodu Koronczewski, myśląc, że lekceważę jego zajęcia nieraz się bardzo denerwował.

Na początku pierwszego roku, w listopadzie, nieoczekiwanie udało mi się zdać egzamin u docenta Adama Heinza z łaciny. Stało się to zupełnie przypadkowo. Ponieważ na świadectwie maturalnym nie miałem oceny z tego przedmiotu, skierowano mnie na lektorat. Ale docent szybko się zorientował w mojej „wiedzy” i polecił mi przyjść do siebie na sprawdzian, „bo nie ma sensu” — stwierdził — „abym chodził na zajęcia z początkującymi, skoro znam łacinę”. Zaproponował, abym zdał egzamin z części programu lub całości. Wyznaczył mi tekst z prozy i poezji. Przygotowywałem się przez dwa tygodnie. Heinz uchodził powszechnie za postrach studentów filologii. Dlatego powiedziałem skromnie, że chcę tylko spróbować, licząc, że może uda mi się zaliczyć co najwyżej dwa lub trzy semestry. Jakież było jednak zdumienie moje, moich kolegów i koleżanek, gdy wyszedłem z oceną bardzo dobrą. To była pierwsza piątka na roku i pierwszy zdany egzamin. Dlatego moja radość była ogromna. Chodziłem dumny jak paw, a wszyscy mi gratulowali i trochę zazdrościli, sądząc, że na polonistyce znalazł się jakiś ukryty geniusz.



Fragmenty prozy

Mirosław Osowski, Sitwa

Fragment powieści przygotowywanej do druku


K

ociubińska wspomagała niegdyś Ślimaka nie tylko przed wyborami na prezydenta, gdy była jeszcze księgową w Drużynie, ale także potem. Ich wzajemna miłość trwała już przynajmniej trzecią kadencję. Sprawdziła się więc jak najbardziej, umocniła też i zahartowała. Owszem, Ślimak się pojawiał z Martą tu i tam. Jeździł z nią czasami do marketów, by razem robić zakupy, ale oficjalnie nigdy się do niej jako partnerki nie przyznawał, jak zresztą, co bardzo ciekawe, do wszystkich związków z kobietami. „Jestem twardym kawalerem” — powtarzał na każdym publicznym spotkaniu, czasami dodając żartem: „starym”, by kupić tym publikę jako równiacha facet. Wszyscy w Miedzianej Woli już się do tej jego samotności czyli bycia singlem przyzwyczaili. I nikomu to tak naprawdę nie przeszkadzało. Ale tu i tam dało się czasem słyszeć mało sympatyczne, retoryczne pytanie: a może on pedał? Pedał? A no tak! Lubił tak nazywać go złośliwie redaktor Damian Garbaty, mając ku temu swoje powody, przede wszystkim odcięcie od miejskiej kasy, czyli cycka, jego ukochanego wydawnictwa. „Co, nazywają pedał?” — żachnął się Ślimak. Bo to go nieco denerwowało i deprymowało. „Jaki tam pedał? Zobaczą jeszcze!” — odgrażał się prowokatorom. Co innego być singlem, samotnym mężczyzną, a co innego pedałem. To słowo budziło u niego najwyraźniej wstręt. Każdy wiedział, nawet gimnazjalista, że w Polsce przyzwolenia na odmienność seksualną nie było, przynajmniej dla osób publicznych. Gdyby ktoś był osobą prywatną, to co innego. Jego sprawa. Tak jak Czesiu z Wiesiem, kochankowie od lat. Ale obyczaje ludzkie się przecież zmieniają. Podobnie było i u nas. I zmiany te powoli docierały także do Miedzianej Woli „Bogiem silnej”. Ślimak takich sławnych nowatorów nazywał nawet ambasadorami Miedzianej Woli, gdyż przynosili jej międzynarodową sławę. Jeśli ktoś był gwiazdą czy divą, kogo obchodziła seksualność? Nikogo. W mediach nastąpiła też od paru lat moda na przedstawianie gwiazd i celebrytów ze swoimi partnerami. Niektórzy, na przykład — aktor Poniedziałek, nie kryli się ze swoją odmiennością i opowiadali do prasy o swoich wymyślnych przyjemnościach, o tym z kim sypiali i kogo chędożyli. Nie mówiło się tedy mąż czy narzeczony, ale modnie — partner. Ba, nawet ministrowie i przywódcy polityczni, gwiazdy rocka, co prawda tylko na Zachodzie, zawierali związki partnerskie, a homoseksualizm został w Unii Europejskiej niejako zaakceptowany i usankcjonowany prawem. Niemiecki minister Guido Westerwelle z Partii Zielonych miał swojego ślubnego partnera i składał z nim oficjalne wizyty państwowe. Do takich oficjeli, przyznających się do homoseksualizmu, należał też burmistrz Londynu, a także znany piosenkarz, John Elton, którego koncertu słuchał nawet w swoim czasie papież i wiele innych osobistości życia publicznego i artystycznego. Różne manify organizowane w wielkich polskich miastach z udziałem parlamentarzystów Lewicy Superdemokratycznej, profesor Senyszyn czy mecenasa Kalisza też zrobiły swoje. Następowała pełna tolerancja dla ludzkiej odmienności. A co to? Już nie wstyd było przyznawać się, że jest się za. „Nic co ludzkie nie jest mi obce” — głosili już starożytni Grecy i Rzymianie. Czy w XXI wieku ma być inaczej? Prawie każdy, kto tylko coś znaczył, był osobą publiczną, uważał za swój obowiązek przyznać, że jest nie tylko demokratą, ale i człowiekiem tolerancyjnym. Stało się to powoli powszechnie obowiązującą zasadą: wszyscy przeciwko homofobii. Wielcy Bliźniacy, którzy potępiali manify czy nie wyrażali zgody na ich przemarsz, odeszli już do lamusa. Mogli tylko co najwyżej pokrzyczeć w sejmie. Jeśli ktoś nie uznawał pederastii za coś normalnego, świadczącego o ludzkiej różnorodności i odmienności gustów, uważano wśród elit intelektualnych i władzy nawet za swego rodzaju grzech, piętnowany prawie przez wszystkich, za homofobię. Straszne! Tylko Kościół katolicki w tych sprawach pozostawał jakoś niezmienny i konserwatywny, i nie akceptował seksualnej odmienności, co miano wśród nowoczesnych elit za złe, tłumacząc brakiem otwarcia na świat i postęp. Bo jak można opierać się cały czas nowoczesnej obyczajowości i tolerancji dla związków jednej płci? Toż to zacofanie i średniowiecze! Homofobia! Choć już w Ameryce i na Zachodzie Europy aktywni homoseksualiści zostawali nawet biskupami. Kościół katolicki jednak nadal uznawał tylko jeden sposób zaspakajania seksualności: tak jak Bóg przykazał Adamowi i Ewie, a nie jak pokazują pieski na ulicy. Brr...!!! I to było średniowiecze.

Trudno, żeby Czesiu i Wiesiu w takiej atmosferze się przyznawali, że są odmieńcami. Tak dobrze w Miedzianej Woli, która cały czas przyznawała się do tego, że jest Bogiem silna, nie było. Co to to nie! Obaj byli praktykującymi katolikami. Wiesiu do tego gorliwym. Ale przyznać się do związku partnerskiego, heteroseksualnego, to już żaden problem. Chędożyć mógł każdy, byle po bożemu, nawet bez ślubu. Tego Kościół co prawda też nie akceptował, ale tak robiła blisko połowa wiernych, szczególnie młodych, mieszkających na stancjach czy w akademikach, więc trudno było potępiać coś, co było zwyczajem raczej dość powszechnym, a nie wyjątkiem. Ślimak wzmocniony tym, co czytał i oglądał w telewizji, bo przecież patrzył na świat szerokimi oczyma, zaczął z Martą Kociubińską bywać tu i tam już oficjalnie, tak jak z poślubioną. I ku jego zdumieniu nie budziło to żadnych zastrzeżeń. Opinię publiczną kształtował przecież nieoceniony Wiesiu, który miał teraz do tego dwie gazety: klerykowskie Echo i reszkowskie Wieści. W obu zamieszczał hymny pochwalne na cześć Ślimaka. Wreszcie i Ślimak uznał, że jego związek z Martą Kociubińską trzeba ogłosić wszem i wobec. Niech się lud cieszy, że widzi cesarza takim, jakim jest, byle nie nago. Najlepiej, jak by to zrobił i zarekomendował go najlepszy propagandysta wśród miedzianowolskich żurnalistów Surowy, od niedawna także jego przyjaciel. Zaprosił go zatem Ślimak do swego gabinetu.

Surowy stanął na baczność, lecz nie odważył się siąść dopóty, dopóki Ślimak nie dał mu łaskawie znaku ręką. Tak był przez lata dziennikarstwa nauczony. Wysiadywać w sekretariatach prezesów i dyrektorów! I czekać aż przyjmą. Pokora, pokora przede wszystkim. Wreszcie usadowił się w krześle i wyciągnął z torby swój nowy notatnik i długopis, firmowe reklamówki, ofiarowane przez szefa „Wtórstalu” i położył je na stole.

— Wiesiu, mam dla ciebie ofertę nie do odrzucenia, także tę reklamową. A może byś zrobił z prezydentem taki mały wywiadzik o jego życiu prywatnym, co?... To będzie hit, na pewno. Teraz to w modzie. Prywatne życie celebrytów i ludzi władzy.

— Hit? — Surowy aż zatarł z radości ręce. — O, żeby tak było! Na pierwszą stronę! Nawet bym prezydenta w rączki ucałował. Jak Boga kocham! Bo lubię hity. Przepadam za nimi — zatarł swoje delikatne dłonie, typowe dla odmieńców.

— No widzisz... Nie musisz też w rączki całować — machnął dobrotliwie ręką Ślimak. — Przynajmniej ja tego nie wymagam... Od ciebie, oczywiście... Wiesz, Wiesiu, dobrze, teraz rzadko ktoś bierze ślub, większość celebrytów żyje w związkach — zaczął na poważnie. — Może i ja bym Martę tak przedstawił w twoich mediach. Ot, koleżanka szkolna, bawiliśmy się razem kiedyś w piaskownicy pod blokiem. Chodziliśmy razem do szkoły. Bawiliśmy się w ciuciubabkę. I w inne rzeczy. I to nas przede wszystkim łączy. Wiesz, stara przyjaźń nie rdzewieje. Bo wiesz, Wiesiu, nie chciałbym, aby o mnie ludzie mówili tak jak o was, o tobie i Czesiu. Wiem, że to niesprawiedliwie, bo co tam. Wam to może i nie przeszkadza. Jesteście od świata niezależni. Czesiu do tego już rencista. Ale mnie, prezydentowi, wypada mieć jakąś kobietę. Choćby dla pozoru. No, bo wiesz, co powiedzą ludzie, święte miasto, a prezydent gdzieś tam może ugania się po burdelach czy gejowskich kawiarniach, których pełno. To nie, nie wypada. Pobożne miasto! Trzeba zachować choćby pozory przyzwoitości. Chodzi o to, żeby ludzie nie myśleli, rozumiesz, że bywam gdzieś tam, szlajam się z byle kim, mogę złapać AIDS. Ale zawsze przyzwoicie i OK. W związkach partnerskich, zresztą dobrze wiesz, obowiązuje większa zgoda niż w małżeństwie. Bo w partnerstwie tak naprawdę wszystko opiera na miłości i lubieżności. Chcę też, aby ludzie mówili w Miedzianej Woli o nas, to jest o mnie i o Marcie, że żyjemy ze sobą po bożemu, jak Adam i Ewa. Marta, jak dobrze wiesz, jest wolną kobietą, oczywiście, odkąd się rozwiodła.

Surowy postawił kropkę nad „i” w notesie.

— To wszystko? — grzecznie zapytał.

— Prawie. Napisz tam kiedyś też, ile miasto zaoszczędzi na tym, że nie mam zastępcy. Czterysta tysięcy za cztery lata! I to, że wszystkie moje książki, zapiszę kiedyś bibliotece uniwersyteckiej, a więc cały mój majątek, cały moje bogactwo, to wszystko, czego jako prezydent się dorobiłem. O ile jakiś mój krewny szybciej tego nie wyniucha i nie łapnie. Ale mam sposób, zrobię niebawem testament. Jestem dalekowzroczny. Nie zapomnij też napisać, że nie mam nawet samochodu. Że taki jestem skromny! Że jeżdżę tylko autobusami. W Paryżu i Rzymie oczywiście. U nas taksówkami i służbową lancią. Bo po co mi samochód, kiedy muszę ciągle pić te cholerne drinki. Codziennie prawie jakaś zagraniczna delegacja. I co? A potem będę jakiemu stójkowemu na drodze dmuchał do alkomatu. Poruta absolutna. I napisz, że całe moje bogactwo noszę ze sobą. Powiem ci, jak to ładnie brzmi po łacinie, ale jak przyjdziesz do nas zrobić wywiad, bo muszę popatrzeć do słownika. Do mnie możesz przyjść nawet z Czesiem. Mnie to nie przeszkadza. Jestem człowiekiem nowoczesnym i tolerancyjnym, nie żadnym homofobem. Zaprosimy cię jeszcze na obiad, abyś mógł lepiej zrozumieć nasz nowoczesny związek. Marta ci tam jeszcze coś opowie. Zrobisz nam jakieś wdzięczne zdjęcie na kanapie. I wszystko będzie jak trzeba. Pewny hit, ludzie takie rzeczy lubią. Czytać o prezydentach i ich kochankach, jak się poznali, jak pokochali i tak dali... Szkoda tylko, że nie możesz zrobić tego z Czesiem, bo byśmy mogli razem wybierać się na randki, na bale czy imprezy rozrywkowe, jak choćby ten benfis Ondraszki. A taki był piękny! Mówię ci. Tyle różnych gwiazd! Do tego podkasanych jak w Paryżu w Moulin Rouge. Mówię ci! Co za nogi! — Ślimak rozmarzył się całkowicie.

Surowy zwinął swoje manele do torby i pognał zaraz z urzędu rowerem do redakcji mieszczącej się na drugim piętrze za torami. I na nic nie czekając siadł za biurkiem, włączył komputer, rozłożył swój notatnik, i natychmiast przystąpił do pisania wywiadu. „To, co usłyszałem, powinno wystarczyć. Resztę uzupełnię przy okazji, gdy przyjdę znów do Ślimaka na kawę w odwiedziny. A może uda się z tego zrobić dwa artykuły” — zatarł ręce. — I pomyśleć, że byliśmy kiedyś wrogami! I to zaciekłymi! A tak się pięknie współpraca nam teraz układa. Jesteśmy wręcz stworzeni dla siebie. Gdyby jeszcze Ślimak był tej samej orientacji co ja z Czesiem! To by dopiero było. Co zrobić, Miedziana Wola to nie Londyn. Ale hit będzie na pewno! Mógłbym takie hity pisać nawet co tydzień” — ponownie zatarł swoje delikatne rączki, którymi tak czule obejmował Czesia.


(...)

Fragmenty prozy

Mirosław Osowski, Nowe czasy

Fragmenty powieści


R

edaktor Cap czekał z pokorą w sekretariacie. Był niskiego wzrostu, a na nosie miał grube okulary w ciemnej oprawce. Mógł mieć czterdzieści lat. Ale w jego włosach prześwitywała tu i tam przedwczesna siwizna. Z jego postawy zaś emanowała wiernopoddańczość.

— Może pan wejść, panie redaktorze — powiedziała sekretarka wojewody Lizuta.

— Dzień dobry! — uniżenie się ukłonił, dając do zrozumienia, że jest lojalnym poddanym. A z komunistyczną przeszłością rozstał się zdecydowanie.

Lizut wyszedł zza biurka i podał mu rękę. Wiedział dobrze, że to dawny aparatczyk i zastępca redaktora naczelnego tygodnika wojewódzkiego „Nadwiślańskie Strony”, organu komuchów, ale on — podobnie jak premier — uznawał „zasadę grubej krechy”. W końcu odsunąć komuchów od władzy, to nie znaczy prowadzić z nimi wieczną wojnę. Stare podziały wkrótce nie będą miały żadnego znaczenia. Demokracja ma swoje prawa.

— Niech pan siada, redaktorze!

Cap grzecznie przykucnął na krześle, trzymając pod siedzeniem skurczone nogi, tak, jakby za chwilę miał stąd wyskoczyć i uciec.

— Panie wojewodo! Najpierw chciałem pogratulować awansu od całego naszego zespołu redakcyjnego. Witamy pana i pragniemy wyrazić wolę bliskiej współpracy. Nie wiem, czy pan zauważył, ale zerwaliśmy z niechlubną przeszłością... Sami odwołaliśmy naczelnego i pragniemy stać się pismem samorządowym, pismem rad narodowych naszego wisłomierskiego województwa.

— No, owszem, doszły do mnie pewne sygnały... Nie powiem, doszły... Ale konkretnie redaktorze, bo czasu nie mam za wiele! — Lizut, stary opozycjonista, nie lubił takich wazeliniarzy jak Cap i szczerze nimi gardził, nie mając do nich za grosz zaufania. Ale polityka, którą uprawiał od niedawna, nie pozwalała na takie gesty, by wyrażać to, co myśli. Musiał zapomnieć o szczerości i mówieniu wprost. Pogarda swoją drogą, a konieczność współpracy — to zupełnie co innego, wymaga pewnych kompromisów. Bo za tym kryje się racja stanu. Niestety, polityka. Jak jej nie lubił! Tamte czasy, gdy wszystko było czarne lub białe, zdawały się teraz rajem na ziemi. Każdy wiedział po której jest stronie. Jego dwaj zastępcy też są komuchami. I co ma robić? A przecież musi z nimi współpracować. Oczywiście, do czasu, gdy nie zastąpi ich swoimi. Ślubu przecież z nimi nie brał. Dlatego o rozwód nie będzie trudno.

— Zapewne pan wojewoda zechce powołać naczelnego redaktora. — Cap kornie schylił głowę. — Proszę bardzo. Od razu mówię, że się podporządkujemy, bo chcemy stać się spółdzielnią dziennikarską, już bez podporządkowania żadnej partii.

— Żadnej partii? — roześmiał się Lizut. — Dobrze, przyjmuję tę ofertę. Na razie niech pan pełni funkcję naczelnego, a jak będę miał kandydata, to pana powiadomię. I to on obejmie to stanowisko. Chwilowo, redaktorze, proszę kierować tygodnikiem. Życzę powodzenia. A jeszcze jedno... Doceniam te zmiany, które się dokonały w redakcji. Właściwie zrozumieliście sens obecnych przemian. Gratuluję.

Cap wychodząc nisko się ukłonił. Lizut nie znosił takich ludzi, sprzedających swoich byłych towarzyszy za trzydzieści srebrników, byle tylko uratować własną dupę. Ale teraz to akceptował. Musiał. Chodziło przede wszystkim o dobro „Solidarności”. A także reform, przemian w państwie. Dobrze, że się komuchy wyczyszczają sami, tym lepiej dla przyszłości. Dowiedział się niedawno, jak Cap postąpił z redaktorem Lewackim. To był prawdziwy komunistyczny majstersztyk. Tak jakby Cap praktykował w Komitecie Centralnym KPZR lub na Kremlu. Pod nieobecność, zaocznie, gdy Lewacki był poza Wisłomierzem, Cap dokonał w redakcji „bezkrwawego” przewrotu. Postanowił uczynić Lewackiego kozłem ofiarnym i pozbawić stanowiska naczelnego. I udało się. Przy aplauzie całego zespołu Lewacki został ze stanowiska zdjęty. Na szczęście w „Solidarności” z takimi kutasami rozstali się szybko, już w stanie wojennym, kiedy strach miał wielkie oczy. Obecnie w związku, tak mu się zdawało, pozostali tylko najtwardsi, najbardziej zahartowani, prawdziwi kombatanci. Mimo wszystko Cap był teraz „Solidarności” potrzebny. Bunt mediów przeciw komuchom był jej na rękę. Nie musiał niczego robić siłowo, bo sami redaktorzy wchodzili nowej władzy do dupy i to bez wazeliny. Wystarczyło obiecać, że będą mogli nadal robić to samo.


L

izut spojrzał przez okno. Na dworze było ponuro i mgliście. Słońce schowało się daleko za chmury. Pobolewała go trochę głowa.

— Proszę połączyć mnie z redaktorem Garbatym!

— Już, panie wojewodo! — odpowiedziała przymilnym, pieszczotliwym głosem młoda sekretarka, jakby chciała go za chwilę poderwać i umówić się z nim sam na sam w domu.

Oj, takich pokus miał teraz wiele, aż trudno się było przed nimi obronić.

— Garbaty?... — W niewyraźnym, chropowatym głosie Lizuta dało się odczuć irytację. — No, masz, kurwa, dla nas tego kandydata na naczelnego do „Nadwiślańskich Stron”?... Za ile, kurwa?... Nie martw się, krzywdy mieć nie będzie... Dostanie tyle, co mu się należy... Masz jednak?... Kto to jest?... Szwab?... Ten od biuletynu w Stalowni?... Może być. Niech wpadnie do mnie! Tak, jutro!

Odłożył słuchawkę i zapalił nowego papierosa, podparłszy głowę na łokciu. Zamyślił się. Czekała go ciężka robota. Jeszcze trochę paliwa! Wyciągnął z szafy butelkę wódki i nalał sobie do kieliszka. Przechylił. Popił kawą. To go trzymało na siłach, dodawało wigoru, energii witalnej. Od razu poczuł się świeższy, raźniejszy. Mógłby teraz tę wypielęgnowaną pięknisię, sekretarkę przelecieć nawet w swoim gabinecie. „Ha-ha!” — zaśmiał się sam do siebie. „Nie, ale takich rzeczy na pewno nie zrobię! Jeszcze by co? To by się komuchy cieszyli. To byłoby im na rękę”.


S

zwab miał z dwa metry wzrostu i wagi co najmniej sto dziesięć kilogramów. Lizut nie lubił rozmawiać z takimi wyrośniętymi nad miarę dryblasami, bo wyglądał przy nich jak chuchro, zawodnik wagi piórkowej. Dlatego podczas rozmowy nie wychodził zza biurka, trzymając go na dystans. Taka była jego przewaga nad byle chujami.

— No i co? Zgadzasz się na to stanowisko?... — Szwab jednak milczał. — Zrozum, tam są same komuchy. Muszę mieć człowieka, który będzie robił tam, w tej gazecie, naszą politykę, reprezentował nasze pozycje, stanowisko. Ktoś musi przejąć ster nad mediami. Weźmiesz całe to towarzystwo za mordę... Ten Cap już się przeląkł, mówię ci. Był tu u mnie, sam to widziałem. Jest miękki jak plastelina. On we wszystkim pójdzie ci na rękę. Żebyś wiedział. Będzie nawet czyścił ci buty, byś go tylko zostawił swoim zastępcą.

Szwab patrzył na niego spode łba. Nie był przekonany do tego, co mówił wojewoda.

— Jak dam sobie radę, szefie?... Co innego redagować biuletyn związkowy, a co innego profesjonalną gazetę. Przecież nie mam nawet wykształcenia dziennikarskiego. Zaledwie trzy lata politechniki.

— Co się, kurwa, martwisz. Jakby coś się działo, to ci pomogę, przyjdę z odsieczą. Ja też nie mam żadnego doświadczenia. Jaką tam miałem władzę w Stalowni? Z radcy i działacza związkowego stałem się od razu posłem i wojewodą. I to w ciągu kilku miesięcy. Tak samo i ty. Pokaż, co potrafisz! Słyszałeś, co powiedział Lechu. Musimy wziąć losy kraju w nasze ręce. Kurwa, nie pamiętasz?... To jest coś. To jest sztuka, naprawdę. Ja wiem, że musimy się uczyć wszystkiego sami, i to na własnych błędach. Ale to czas rewolucyjnych zmian. Musisz o tym pamiętać.

Szwab milczał, minę miał niewyraźną, ale zachęty Lizuta zrobiły swoje.

— Dobra, podejmę się, ale liczę na pomoc wojewody, i to w każdej sytuacji.

— Możesz być pewien. Nie zostawię cię samego. Za wiele jest tam niewiadomych i znaków zapytania. Na razie będziesz sam, ale staraj się zdobyć zaufanie zespołu. A jak trzeba będzie, to dam ci wsparcie. Ale daję słowo, że będą ci jedli z rączki. Przekonałem się po Capie. To zwykłe gnoje, tyle tylko że umieją jako tako pisać. Wczoraj na cześć sekretarzy, a dzisiaj na naszą. To taki kurewski zawód. Nie ma w nich nawet krzty, nawet najmniejszej odrobiny moralności. Tak jak Cap — brak zasad, kręgosłupa ideowego zastępują wódą i wędkowaniem.


(...)

Władza


L

izut myślał i myślał, zastanawiając się co dalej robić, by urząd zapełnić swoimi ludźmi. I Komitet Obywatelski, i Region naciskały na niego, żeby wymienił przynajmniej wicewojewodów.

— To jak to? — pytano go przy każdej okazji. Nawet biskup Wiktorski! — Komuchy mają dalej rządzić? O to walczyliśmy przez dziesięć lat? O to?!

Lizut wiedział, że musi ich zmienić, choć byli wobec niego w porządku, lojalni jak nikt, ale nie miał wyjścia. Takie są prawa zwycięzcy. Przegrani muszą odejść. Ciągle mu o nich przypominano i wypominano. Chciał jednak dać im szansę, by odeszli sami.

— Na to miejsce masz dobrać sobie kogoś z naszych... Ludzie mają prawo do władzy, którą wywalczyli. Nie chodzi tylko o łupy wojenne, ale o zwykłą kolej rzeczy. Tak jest w każdej demokracji. Nie pierwsi jesteśmy, którzy to robimy. Po przegranych wyborach zawsze następuje wymiana kadr. W każdym demokratycznym kraju. I dlaczego mamy się tego wstydzić, zasłaniać naszą powinność listkiem figowym? Co to jesteśmy gorsi?

Myślał o swojej koleżance ze Stalowni, Basi Gatowskiej. Bardzo sympatyczna, kontaktowa i ma dobrą prezencję. Umie też wszędzie się znaleźć, nawet w otoczeniu kleru. O, tam zresztą czuje się najlepiej. Zauważył to. Dawniej Gatowska nie tyle brała udział w konspirze, ile była — jak to mówiono — ze związkiem całym sercem. Trudno było od niej wymagać więcej, bo miała małe dzieci. Co innego Teresa Cubera. Ta nie bała się niczego, nawet przywozić z Warszawy książek drukowanych w podziemiu. Parę razy nawet nakryli ją esbecy. Umiała jednak zawsze wykręcić się sianem. Ponadto była starą panną, więc nic nie ryzykowała. Mimo wielu zasług nie brał w obsadzaniu stanowisk jej pod uwagę. Po prostu na wicewojewodę się nie nadawała. Zbyt była przeniknięta ideologią. Za wiele od innych żądała, ba, uczciwości i ideowości, a ludzie, wygłodniali przez lata, pragnęli teraz stanowisk i pieniędzy. Cubera nadal domagała się od działaczy związkowych, żeby żyli jak mnisi. „W końcu nie po to działaliśmy przez wiele lat w konspirze, by dziś, kiedy wygraliśmy wybory, zwyciężyliśmy komunę, nadal nic z tego zwycięstwa nie mieć” — mówili. Teresa była mało pragmatyczna i brzydka jak noc. Tak, tak. Takie są najczęściej działaczki. Choćby słynna Róża Luksemburg, komunistka. Czy Wanda Wasilewska, albo Małgorzata Fornalska, kochanka Bieruta. Bardziej przypominające mężczyzn niż kobiety. Pewnie inne były takie same. Bo świętość nie idzie w parze z urodą. Najlepsza będzie jednak na zastępcę Basia Gatowska, bo to prawdziwa dyplomatka — i do tańca i różańca. I ma swój jakiś urok. Taka przylepka! Wszystkim by tylko kadziła i przymilała się jak kotka”. Był już pewien, kogo zgłosi do Warszawy na swojego zastępcę.


Z

ima, której tak się bali, powoli dobiegała końca. W powietrzu czuło się już nadchodzącą wiosnę. Twarze ludzi jakby poweselały. Ciągle jeszcze żyli nadzieją, że zmiany, które nastąpiły przed paroma miesiącami, przyniosą wreszcie upragnione owoce, a komuna i niedostatek pójdą w zapomnienie. Najgorsza była tylko ta drożyzna. Ceny rosły z dnia na dzień. A inflacja szalała. Wielu oszczędności już się wyczerpywały. Co gorzej — rosło bezrobocie, którego przedtem nie znano. Zakłady, te mniejsze, upadały, niektóre prywatyzowano. Za to w sklepach towarów było coraz więcej, nie tylko polskich, ale i zagranicznych.

— Panie wojewodo, czy słyszał pan, że Kurdesz, ten dyrektor od maszyn ziemnych, zresztą człowiek Solidarności, starał się o kupno przedszkola. — Nosek patrzył Lizutowi w oczy jak wierny pies. Należał też do starej gwardii. Ale on nie zgodził się na razie na wymianę dyrektorów urzędu, choć i o to go naciskano. „Muszę mieć fachowców do roboty” — tłumaczył biurokratom z Regionu i działaczom Komitetu Obywatelskiego.

— Na co mu to?... Chce zakładać prywatne, tworzyć zakład opiekuńczy?

— Pierdolisz.

— No to na co?

— Jak to na co?... Na mieszkanie.

— Na mieszkanie?... Co to, kurwa, nie może sobie domu zbudować, tylko w taki sposób... i kupić bez przetargu? To karygodne.

— Z tego, co wiem, to on już kupił, wręcz wymusił na władzy miejskiej, aby mu to przedszkole sprzedała.

— Co, co?... Jak, jak to? Wymusił?...

— Tak można powiedzieć.

— Mówił, że był internowany i że mu się to należy. Że on o to walczył, żeby teraz coś z tego mieć.

— Tak powiedział, kurwa?... Widzę, że już się zaczęło to, co zgubiło komuchów: pazerność! Pogoń za bogactwem!

— No, ale taka jest, niestety, prawda, panie wojewodo — odezwał się półgłosem dyrektor Nosek, bojąc się głośniej.

— Zawołać mi natychmiast rzecznika prasowego. Niech napisze w tej sprawie list do prasy. Kurwa, nie podaruję. Żeby pod moim okiem działy się takie rzeczy. To, kurwa, nic innego, jak prywata i na to nie pozwolę jakem Lizut... Każdy z nas ma prawo do godziwych zarobków, ale nigdy na coś takiego. To, kurwa, jest haniebne... A co na to Region?

— Nie chcą się wtrącać. Mówią, że to należy do wojewody. Ale też im się nie podoba pazerność Kurdesza.

— Rzecznik! Pisać mi tu, a szybko. I rozesłać do prasy, że odcinamy się od takich działań i potępiamy, uważamy takie postępowanie za naganne. Ale szybko, kurwa! Szybko!


L

izut siedział za swoim biurkiem i przeglądał dzisiejszą prasę — lokalną i ogólnokrajową. Starał się niezależnie od tego, co mu podsuwał rzecznik prasowy, każdego dnia poświęcać na ich lekturę pół godziny. Obok stała filiżanka świeżo zaparzonej kawy.

— Czytał pan, panie wojewodo, odpowiedź Kurdesza w gazecie?

— Nie.

— Proszę... — Rzecznik podał gazetę drżącą ręką.

— Co on tam napisał?... — przyglądał się drukowanym literom i nie wierzył. Cały spurpurowiał. — Ja mu kurwa dam. Zrobił ze mnie pijaka! Opoja!? O, sukinsyn! Że na ławce pod blokiem leżałem. Że sąsiedzi widzieli. Nie przejdzie mu to na sucho. Policzymy się jeszcze... A co na to Region?

— Nie podoba się takie wzajemne obrzucanie błotem.

— Błotem?... Czy ja go obrzucam błotem, skurwiela?... Ja tylko powiedziałem, że sprzedaż przedszkola bez przetargu jest nadużyciem, że nie wolno tak robić. Nie o to walczyliśmy! — walnął pięścią w blat biurka, aż kawa z filiżanki wylała się na talerzyk.


P

odczas przyjęcia z okazji narodowego święta wojewoda Lizut o niczym innym nie myślał, tylko o liście Kurdesza. Chodził mu po głowie cały czas. Pił, ale w żaden sposób nie mógł go zapomnieć. Czasami żałował, że wdał się z nim w prasową polemikę. Nie sądził, że tamten w najprymitywniejszy sposób zaatakuje wojewodę. Region był także niezadowolony.

— Nasi czołowi działacze się wzajemnie i publicznie podsrywają i opluwają. To podrywa autorytet związku — powiedział oburzony przewodniczący Kociurek. — Jak mam się potem tłumaczyć przed ludźmi, naszymi związkowcami. Ledwo przejęliśmy władzę, a tu od razu taka awantura!... Po co to?

— Jak to po co?... By następny warchoł nie żądał za swe zasługi od razu całego bloku — mówił mocno oburzony. Zresztą to szarogęszenie się działaczy związkowych sam źle widział. Chcieliby rządzić, nie ponosząc żadnej odpowiedzialności za swe decyzje. — Jak chcesz rządzić — powiedział jednemu z nich — ustąpię ci stołka. Proszę!



 

Związek Literatów Polskich