Członkowie Oddziału

Rzeszów

Preambuła statutu ZLP


Związek Literatów Polskich jest zawodową organizacją pisarzy. Jego członkowie, w swojej twórczości i działalności, nawiązują do humanitarnych tradycji myśli ogólnoludzkiej, które w kulturze polskiej zawsze były zespolone z troską o dobro kraju i narodu. Kontynuacja tych tradycji oraz wszechstronny rozwój współczesnej literatury polskiej stanowią przedmiot starań i pracy wszystkich członków i władz Związku Literatów Polskich.



Związek Literatów Polskich

Menu

EDWARD GUZIAKIEWICZ


Edward Guziakiewicz

Pisarz, dziennikarz i wydawca. Pisze dla dzieci i młodzieży oraz uprawia fantastykę naukową. Jego dorobek twórczy obejmuje: 5 powieści, 8 mikropowieści, 26 opowiadań, dramat, a ponadto 2 poradniki dla młodzieży (know-how), jeden dla dzieci, 2 tomy wywiadów i tom eseistyki, nie licząc kilkuset publikacji prasowych oraz drobnych utworów poetyckich. Należy do autorów, kładących nacisk na obecność w Internecie i oferujących swoje książki w pierwszej kolejności w postaci elektronicznej

Urodzony w Mielcu w 1952 r. Absolwent Wydziału Teologii Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego. Obronił pracę magisterską z oceną bardzo dobrą, następnie zdobył tytuł kanonicznego licencjata teologii pastoralnej z oceną valde bene (tzw. licencjat rzymski), a wreszcie ukończył studia doktoranckie. Został wysłany przez uczelnię na stypendium naukowe do Belgii (Katholieke Universiteit Leuven). Potem wciągnęły go publicystyka i dziennikarstwo z racji związków z tygodnikiem «Gość Niedzielny», na łamach którego zamieszczał pierwsze teksty. Jego młodzieńczą biografię wzbogaca działalność w Ruchu Światło-Życie oraz we wspólnotach neokatechumenatu.

W latach 1981 — 1982 etatowy sekretarz redakcji tygodnika «Gość Niedzielny» w Katowicach. W latach 1986 — 1993 współpracownik i redaktor miesięcznika «Wzrastanie». W latach 1987 — 1993 stały współpracownik działu religijnego tygodnika «Katolik». W latach 1994 — 1999 regionalny korespondent Gazety Codziennej «Nowiny» w Rzeszowie. W latach 2003 — 2008 współpracownik kwartalnika «Nadwisłocze». Publicystyka tego autora jest rozsiana po łamach około trzydziestu czasopism, w tym polonijnych. Ponad pięćset tekstów zamieścił w periodykach regionalnych i lokalnych regionu Podkarpacia.


Dla młodzieży


Debiutował opowiadaniami dla młodzieży w drugiej połowie lat 80., zamieszczając je na łamach miesięcznika «Wzrastanie» (był w zespole redakcyjnym tego pisma). Ukazywały się one również w innych miesięcznikach katolickich («Być Sobą», «Królowa Apostołów», «Posłaniec Serca Jezusowego», polonijna «Nasza Rodzina»), składając się na tomik «Randka i inne opowiadania», wydany drukiem w 2006 roku. Na ten sam okres, tj. na drugą połowę lat 80., przypadają robocze wersje poradnika «Z oazą na ty», wydrukowanego w 2008 roku i dramatu «Szukanie Boga», finalnie opracowanego w slangu i wydanego w 2009 roku.

Prezentowaną w Internecie od 2002 roku powieść dla młodzieży «Wakacje w Izraelu» autor napisał w latach 90. Na tę samą dekadę, tj. na lata 90., przypada «Savoir-vivre nastolatka», aktualizowany i zamieszczany w odcinkach na blogu autora od 2002 roku.


Nurt dziecięcy


Autor debiutował twórczością dla najmłodszych czytelników na łamach miesięczników katolickich, a jego pierwsze opowiadania dla dzieci ujrzały światło dzienne na początku lat 90. W 1991 roku «Mały Gość Niedzielny» zamieścił «Fruwające zwierciadło», a w 1992 roku «Przewodnik Katolicki» — opowiadanie «Mędrcy». W 1993 roku w «Posłańcu Serca Jezusowego» ukazało się opowiadanie «Malarz czarodziej». W 1994 roku w pallotyńskim «Małym Apostole» znalazło się kilka tekstów z cyklu «Świat Mireczki», które stanowiły zaczątek wydanego dużo później, bo w 2009 roku, tomiku «Radosny świat Mireczki». Jedno z opowiadań z tego cyklu («W drodze do nieba») zamieścił w 1997 roku «Mały Rycerzyk Niepokalanej».

W latach 90. autor napisał ponadto nowelę (mikropowieść) dla starszych dzieci «Przygoda z Rudaskiem», wydaną drukiem w 2008 roku.

Kilka tekstów z adresowanego do dzieci «Słowniczka małego chrześcijanina» trafiło na łamy pallotyńskiego «Małego Apostoła» w 1997 i 1998 roku. «Słowniczek» promował następnie w latach 2001-2003 «Przewodnik Katolicki» (zamieszczono tam ponad 20 haseł).

W 2000 roku ukazały się drukiem «Okruszki. Wiersze dla dzieci» (Tuchów). Wybrane wiersze z tego zbioru znalazły się — m.in. — w Antologii poezji religijnej dla dzieci «Promyki dobroci i radości» (Nowy Sącz 2005). Rymowanki z tego tomiku były prezentowane na łamach różnych periodyków.


Fantastyka


Zadebiutował mikropowieścią «Ekscytoza. Z tamtej strony Trójkąta Bermudzkiego». Utwór ten ukazywał się w odcinkach na łamach Tygodnika Mieleckiego «Korso» w latach 1995-1996, a doczekał się wydania drukowanego w 2000 roku. W 2001 roku na internetowych łamach «Nowej Gildii» pojawiła się druga mikropowieść, zatytułowana «Banita», zaś w 2002 roku na elektronicznych łamach «Magazynu Esensja» — trzecia, zatytułowana «Afrodyta». Trzy następne utwory z tego cyklu otrzymały własne serwisy w Internecie w latach 2004-2006. Ich tytuły to: «Przerwany lot» (2004 r.) «Genesis», (2005 r.) i «Misja: Europa» (2006 r.). Wyliczone mikropowieści znalazły się w tomie «Przyloty na Ziemię», wydanym drukiem w Chicago (USA) w 2006 roku.

Nie wydane dotąd powieści «Obcy z Alfy Centauri» i «Winda czasu» zostały napisane w latach 90. Pochodząca z tego samego okresu powieść «Zdrada strażnika planety» ukazała się drukiem na przełomie 2008 i 2009 r. Została uhonorowana «Złotym Piórem», nagrodą Związku Literatów Polskich, Oddziału w Rzeszowie.

W 2007 r. autor rozpoczął pracę nad nową powieścią «Hurysy z katalogu», którą ukończył w marcu 2010 r., a w 2009 r. — nad nową mikropowieścią «Syreny z Cat Island», ukończoną w lutym 2010 r.


Książki wydane drukiem


» Szukanie Boga, dramat, Mielec 1998, ss. 52
» Mieleccy malarze i rzeźbiarze. Rozmowy z artystami, Tuchów 1999, ss. 84
» Okruszki. Wiersze dla dzieci, Tuchów 2000, ss. 20
» Ekscytoza. Z tamtej strony Trójkąta Bermudzkiego, Tuchów 2000, ss. 48
» Przyloty na Ziemię, Chicago 2006, ss.232
» RANDKA i inne opowiadania, Sandomierz 2006, ss. 62
» Zaczarowana laseczka, Sandomierz 2007, ss. 12
» Z oazą na ty. Vademecum animatora Ruchu Światło-Życie, Mielec 2008, ss. 80
» Przygoda z Rudaskiem, Sandomierz 2008, ss. 52
» Zdrada strażnika planety, Sandomierz 2009, ss. 276
» Radosny świat Mireczki, Sandomierz 2009, ss. 40
» Szukanie Boga. Dramat • scena młodych • slang, Sandomierz 2009, ss. 56
» Szukaj mnie, Sandomierz 2009, ss. 28 (tomik poezji wspólnie z Joanną Betlej)
» Wakacje w Izraelu, Sandomierz 2009, ss. 186.

W wydaniach zbiorowych i almanachach


» Człowiek wiary konsekwentnej, Ks. Franciszek Blachnicki, 24 III 1921 — 27 II 1987, Lublin 1997, s. 136 — 140.
» Promyki dobroci i radości. Antologia poezji religijnej dla dzieci, Nowy Sącz 2005, s. 49 — 52.
» 40 Lat Wspólnej Obecności, Almanach Rzeszowskiego Oddziału ZLP, Rzeszów 2007, s. 84 — 89.
» Z podróży na wyspy słowa, Pierwszy Almanach Twórców Grupy Literackiej «Słowo», Mielec 2007, s. 39 — 46.
» W rytmie słowa. Almanach Grupy Literackiej «Słowo», Mielec 2009, s. 47 — 53.
» Krakowska Noc Poetów. Almanach XXXVIII. Oprac. red. Lidia Żukowska, Danuta Perier-Berska, Kraków 2010, s. 120.

W Internecie

guziakiewicz.pl | guziakiewicz.pdg.pl | nastolatki | igraszki.yoyo.pl | sf.guziakiewicz.pl | autor.w.of.pl | urwisy 

Kontakt elektroniczny

eduardus@wp.pl



W świecie poezji

Edward Guziakiewicz

Sen

Ledwo smak wiosny poznała, gdy nagle
w jego ramionach odkryła swe baśnie.
Ach, młodość, młodość, dmuchnąć tylko w żagle,
wzburzone morze pokona — i zaśnie!

Prorok, kto dojrzy serca sekret we mgle,
ocean wzruszeń i pragnień odgadnie,
sercu się skłoni, słowem włada biegle,
odsłoni z gracją, co skryte gdzieś na dnie!

Niczym ogrodów miłości mamidła,
rozkwitła, pragnie owoców dać grona.
Ach, wiosna, wiosna, dorzuć wiatru skrzydła,
wnet ją przyniesie, uśpioną w ramionach!

Prorok, kto senne serca ścieżki zgadnie,
słowem przywita, utkanym w mimozy,
piórem wyściele łoże jej paradnie,
bielą wyłoży niby korą brzozy!

W złotym promieniu marzenia ukryte,
lato upalne przetrwają w ogrodzie,
barwami kwiatów zachłysną się, syte,
zbudzi je jesień, nurząc w słodkim miodzie!



Psalm 8

Panu chwałę wyśpiewam, jak motyle i drzewa,
już niemowlę Go chwali wargami.
Gdyż On o mnie pamięta, każda chwila z Nim święta,
Jego imię jak gwiazdy nad nami.

On nieboskłon utwierdził, plan wszechświata zatwierdził,
księżyc i słońce ma pod palcami.
A pod stopy mi złożył, abym przyjął w pokorze,
morza, lądy z górami, rzekami.

I choć z prochu powstałem, jak anioły się stałem,
czcią i chwałą mnie wielką uwieńczył.
Czymże, Panie, ja jestem, jakimż to śmiałym gestem
zapisałem się w Twojej pamięci?!



Fragmenty prozy

Edward Guziakiewicz
Zdrada strażnika planety

(fragment powieści sf)


B

arwny tłum hałaśliwie przelewał się i kłębił między straganami. Kupcy pokrzykiwali, jazgotliwie zachęcając do oglądania wystawionych na sprzedaż wyrobów. W harmidrze i w tłoku niosący lektyki niewolnicy ocierali się o wolnych, o iluzjonistów, o odziane w jaskrawe chitony prostytutki, za którymi ciągnęła się silna woń perfum i o szlachetne matrony w wykwintnych szatach z najdroższych tkanin. Wysiedli i wmieszali się w ten tłum, z niesłabnącą uwagą chłonąc wszystko, co im wpadało w oczy. Agora! Handel zamieniał się tu w wyrafinowany rytuał i był wyniesiony nieomal do poziomu sztuki. Skrybowie, wróżbiarki i magowie w łachmanach donośnie zachwalali swe usługi, bądź klepali tajemne zaklęcia. Tancerze popisywali się przed gapiami przy dźwiękach skocznej muzyki. Kupujący zawzięcie się targowali, starając się uzyskać jak najniższe ceny. Rozłożyli się tu tkacze, krawcy, złotnicy, garncarze, szewcy i cieśle. Chłopi oferowali żywność, świeże, solone i suszone ryby, jaja, chleb, warzywa i zboże. Handlowano również niewolnikami i zwierzętami. Eurypides zbierał ukłony kupców — dawno go nie widziano, więc wypytywano go o szczegóły dłuższej podróży morskiej, którą miał rzekomo odbyć. Mu-ura jednak barwne targowisko nie zajmowało. Był wojownikiem i handel go nie bawił. Sterczał trochę przy chudym jak szczapa żonglerze, popisującym się sztuczkami z cienkimi obrożami, a potem poniosło go na skraj agory, gdzie trafił na kryjącą się w niskich murach gospodę.

W piwnicy brakowało światła, a przy ciągnących się wzdłuż okopconych ścian kamiennych płytach stołowych rozgościła się miejscowa klientela. Kupcy trącali się, wznosząc toasty i opijając transakcje. Któremuś rozwiązał się akurat gruby lniany wór i wysypały się z niego z kwikiem trzy prosiaki. Gonił za nimi i zgarniał je z powrotem. Przenoszący ogromną amforę rosły niewolnik omal się nie potknął. W głębi mieściła się szafa, akurat otwarta i odsłaniająca komplety naczyń, kubków, kielichów i czar z dwoma uchwytami. Przykuła jego wzrok niewielka beczułka, stojąca na jednym z wolnych stołów. Ławy miały wysokie oparcia i niektórzy z biesiadujących rozłożyli się na nich ze skrzyżowanymi nogami. Środek sali był pusty. Wojownik rozglądał się z wahaniem, starając się przebić wzrokiem półmrok. Z odległego kąta dobiegły go krzykliwe głosy. Nie byłby sobą, gdyby mimowolnie nie sprawdził, czy sztylet ma pod ręką. Pijący wszczęli kłótnię, bo pewnie któryś z nich oszukiwał przy grze w kości. Zaaferowany gospodarz szybko wyjrzał z zaplecza i w te pędy zaklaskał w dłonie, a na ten znak wybiegły gibkie dziewczyny w bardzo krótkich chitonach. Zaczęły tańczyć z rozpuszczonymi włosami, wybijając rytm kastanietami. Towarzyszył im ponury brodaty mężczyzna, przygrywający na nieznanym Urchicie instrumencie, ani chybi od dawna służący Posejdonowi. Jedno oko miał zasłonięte czarną przepaską, pewnie stracił je w portowej bójce.

Ten widok wywołał w nim odlegle skojarzenia. Przez chwilę wyobrażał sobie, że znalazł się w knajpie przy redzie w Ab-dan-is i że ogląda urchickich marynarzy, sączących za ciemnymi stołami tamtejsze piwo. Poczuł dojmujący ból i z niechęcią wydął usta. Niestety, tamten niby to zamorski kraj dla niego już nie istniał. Nie zdecydował się usiąść, bo nie znalazłby kompana od serca. Opuścił gospodę i znowu wmieszał się w przelewający się barwny tłum, odruchowo rozglądając się za znajomymi twarzami. Zaczepił go brudny sutener, oferujący usługi młodziutkiej białej niewolnicy. Dziewczyna nie była brzydka, ale trochę zaniedbana. Obrzuciła go długim zachłannym spojrzeniem, podziwiając jego bicepsy. Bezwstydnie obnażyła przed nim drobną pierś. Odwrócił się bez słowa, ignorując lubieżną ofertę. Nie pociągały go kobiety, a jako wojownik spełniał się w walce.

Eurypides wyłowił go orlim wzrokiem i nagląco przywołał do siebie. Miał powód, by go wzywać. Trzymał na ramieniu małe figlarne i ruchliwe zwierzę, okropnie brzydkie, lecz mimo to mające uderzająco ludzkie rysy. A może to było tubylcze dziecko, jednak matkę tego potworka pokarali za coś bogowie?

Wskazał na wścibskiego kamrata na uwięzi, który zabawnie popiskiwał, co rusz sięgając do rąk Ni po suszone daktyle.

— Przewyborna okazja, zielona małpka, wyjątkowa rzadkość — oświadczył ze sporą dozą pewności siebie. — Sądzę, że niezgorzej wybrałem, ha, ha, ha! — w rozbawieniu pokazał zęby. — Ma się rozumieć, nabyłem ją z myślą o tobie. Nie będziesz się czuł samotny jak palec...

Chcąc nie chcąc Mu-ur chwycił podany mu łańcuszek i małpa zręcznie przeskoczyła na jego rosłe ramię. Brzydką mordką cmoknęła go na powitanie. Skrzywił się, z obrzydzeniem odchylając głowę i unosząc brwi w wyrazie niebotycznego zdumienia.

— To dla mnie? — nie chciało mu się wierzyć. Z niesmakiem zezował na cudacznego zwierzaka, nie mogąc przeniknąć niepojętych intencji Rahy. — Dlaczego dla mnie?

Tamtemu przylepił się do ust ironiczny uśmiech. Kpił sobie z wojownika w żywe oczy. Nie opuszczał go znakomity humor, skoro w żartach posuwał się tak daleko.

— Jak to, dlaczego? — udał zdziwienie. — To oczywiste, wspina się z łatwością na każdą palmę — podle rzucił pod jego adresem, perfidnie wbijając mu szpilę. — Będziesz ci sekundować w kolejnych wyprawach. Znajdziesz kompana jak się patrzy...

Mu-ur zrobił wielkie oczy.

— Ach, tak?.. — mruknął z nutą zawodu w głosie, nie dając jednak po sobie poznać, czy go to ubodło, czy nie. — Do licha!

Zrobił dobrą minę do złej gry, ale w głębi duszy zazgrzytał zębami. Odeszli i został z dziwacznym zwierzakiem, główkując nad tym, jak zareagować na tę drobną impertynencję. Ktoś go widocznie ukradkiem śledził w nocy, chociaż starał się nikomu nie wpaść w oczy. Z pewnością zauważył go któryś z dyskretnych służących, mających pieczę nad willą i ogrodem, a potem usłużnie doniósł swojemu panu. A może Raha monitorował posiadłość przy pomocy dobrze ukrytych kamer?

Mimo brzydoty małpka okazała się przezabawna i migiem do niego przylgnęła, o czym mógł się naocznie przekonać. Przyciągała uwagę i pojął, że dzięki niej przechodzący obok spoglądają na niego życzliwie. Jednak po uwzględnieniu wszystkich za i przeciw uznał, że musi na tamtym się odegrać. Nie byłby sobą, gdyby nie oddał mu pięknym za nadobne. Chwilę ważył w dłoni wydobyte z zanadrza srebrne tetradrachmy, a potem szybko się zdecydował. Chodził mu po głowie komiczny pomysł. Przecisnął się przez tłum i dotarł do straganów z wyrobami złotniczymi. Tu było w czym wybierać. Ślizgał się wzrokiem po kolczykach, naszyjnikach, bransoletkach, obręczach na nogi, złotych i srebrnych pierścionkach oraz kosztownych szkatułkach z kości słoniowej. Safona wisiała przy tych skarbach na ramieniu Mi-ira, szukając czegoś dla siebie. Poszedł dalej. Między wyłożonymi naczyniami dostrzegł połyskującą czarną amforę, którą ozdobiono nadzwyczaj śmiałą sceną miłosną. Dwoje kochanków gubiło się w rozkosznych uściskach i żadne z nich nie kryło swoich wstydliwości. Za czymś takim węszył. Naczynie nie było tanie, jednak nabył je bez targu, a potem nie rozstając się z popiskującym stworzeniem na ramieniu niecierpliwie udał się śladem Eurypidesa. Odnalazł go przy lektykach, napuszonego, z powagą rozmawiającego z Ni i z kurtuazją odpowiadającego na ukłony.

Pokazał mu świeżo nabytą amforę, tłumiąc w sobie chichot i zachowując kamienną twarz.

— Nie dziw się, Eurypidesie. Ty wybrałeś podarek dla mnie, a ja by się odwdzięczyć pomyślałem o upominku dla ciebie — rzekł z nieszczerym uśmiechem i mylącym szacunkiem. — Sądzę, że doskonale wybrałem, nie? — z tym retorycznym pytaniem zwrócił się jednak nie do transgalaktyty, a do figlarnej małpy, pokazując jej paluchem fikuśne kształty na czarnym wazonie.

Ta w mig pojęła, co ma robić. Zeskoczyła mu z ramienia i kpiąco popiskując, kabotyńsko złapała się za łeb. Pokracznie się kiwała, okazując niepojęte zdumienie.

Strzał był celny i na twarz Eurypidesa wypełzł rumieniec wstydu, czego Mu-ur nie przewidział. Zostawił amforę w jego rękach, odwrócił się i triumfując pociągnął za sobą pocieszne zwierzę, nie czekając na to, co tamten mu odpowie. „Oko za oko, ząb za ząb!” — mruknął do małpy, gdy ta wskoczyła mu znowu na ramię. Tak uczył Hammurabi, władca babiloński, o czym jego brzydula nie mogła wiedzieć. Do jego zbioru praw siwobrody niekiedy się odwoływał, podejmując nad Nestosem wywody na tematy etyczne i filozoficzne.

W jakiś czas później udali się z targu na wysoki Akropol, skąd mogli się lepiej przyjrzeć rysującemu się między wzniesieniami miastu i znaczącemu się w oddali ciemnobłękitnemu morzu zatoki. Zostawili po prawej Areopag. Wspinali się na własnych nogach, nie chcąc przeciążać niewolników, którzy niemrawo podążali za nimi z pustymi lektykami. Eurypides niczym retor popisywał się wiedzą o tubylcach i ich obyczajach, chętnie też objaśniał, którym bóstwom i w jakich okolicznościach oddaje się cześć i składa ofiary. Na płaskim szczycie wzniesienia po dawnej świątyni Ateny niewiele pozostało. Przygonieni tu do pracy niewolni umacniali obwarowanie, korzystając z resztek poprzetrącanych kamiennych kolumn. Drobniejsze odłamki ściągali i wrzucali do sporawego zagłębienia, gdzie miały spocząć na długie wieki.



Fragmenty prozy

Edward Guziakiewicz
Wakacje w Izraelu

(fragment powieści dla młodzieży)


M

odra woda w basenie marszczyła się w łagodnych podmuchach ledwo wyczuwalnego wiatru. Anka przytaszczyła ze sobą nadmuchiwany materac. Trafił się jej w hotelowej wypożyczalni jasnopopielaty z kolorowym wizerunkiem kaczora Donalda. Ulokowała się tuż obok Pawła, rozkładając swoje manele i zabrała się najpierw za olejek do opalania.

Podparty na łokciu chłopak z odrobiną dezaprobaty lustrował jej poczynania.

— Mało pomysłowe — prychnął wreszcie, wyrażając swój sceptycyzm. — Nic z niego nie zostanie. Skoczysz do basenu, a woda wszystko spłucze. Nie lepiej najpierw popływać, a potem się natrzeć?

Nieznacznie się skrzywiła, ale nie przerwała swego zajęcia. Poradziła już sobie z ramionami i wyciskała teraz biały krem z brązowej tubki na opalone uda.

— Mylisz się, naiwniaczku. Otóż wyobraź sobie, że nie skoczę — wycedziła. Spojrzała na niego z góry z tą charakterystyczną wyższością, która go zawsze tak drażniła. — Wypłynę jak na łodzi. A poza tym smaruję się olejkiem nie po to, żeby się opalać, ale po to, żeby zadośćuczynić plażowemu rytuałowi.

— Na łodzi? — zrobił wielkie oczy.

— Ty talencie na zakręcie, trzeba ci wszystko tłumaczyć, jak jakiemuś debilowi — okazała zniecierpliwienie. — Nie masz za grosz wyobraźni, jasne, że jak na łodzi. A dokładniej — jak na luksusowym białym jachcie. Rzucę materac z brzegu na wodę. Uniesie się na powierzchni, nie? Przecież jest nadmuchany i nie utonie. Uczyli cię chyba, fujaro, w szkole prawa Archimedesa? — ironizowała, okazując młodemu fizykowi jawne lekceważenie. — A jak go rzucę, to ty go przytrzymasz przy brzegu, bo tyle akurat potrafisz, kupo zwiotczałych mięśni. A ja się na nim z rozkoszą wyciągnę. Prosty scenariusz, nie?

Nie miał ochoty tego słuchać. Podniósł się, opuścił ją i z rozmachem skoczył ze słupka. Pokonał crawlem otwarty basen wzdłuż i wszerz, a następnie wdrapał się na brzeg.

— I co? — zapytał, dysząc i ociekając wodą.

Czekała już na niego. Materac lekko się kołysał na powierzchni.

— Przytrzymaj go tu, mocno, przy barierce, żeby się nie usunął! — przykazała.

Posłusznie wykonał jej polecenie, niemal kładąc się na betonie. Nie obyło się bez skomplikowanych manewrów i omal nie rozgniótł sobie nosa o jej zgrabne łydki. Anka była niewątpliwie niebrzydką laską — i zauważył, że jej wygłupy z materacem budzą niejakie zaciekawienie. Kilku facetów w różnym wieku dyskretnie jej się przyglądało. Przypomniał sobie nagle prawo Ohma w wersji dla zidiociałych erotomanów: „Powyżej kolan napięcie wzrasta, a opór maleje!” Jakoś jego to nie dotyczyło. A może po prostu Anka najzwyczajniej w świecie nie miała na niego ochoty?

Zsunęła się wreszcie na ponton i wystawiła na widok publiczny zgrabny tyłeczek. Woda zalała jej stopy, ale tym się nie przejęła. Założyła na nos ciemne okulary, podparła się na łokciach i przekornie zajrzała mu w oczy.

Uśmiechnął się pod nosem. Nie pojmował, jak to się stało, że trafił do łóżka z Manuelą, której prawie nie znał, a nie zrobił tego z dziewczyną, z którą chodził już drugi rok.

— Wyglądasz teraz jak amerykańska turystka rodem wprost z Bostonu lub z Filadelfii — z udawanym znawstwem zawyrokował. — Fiu, fiu, od razu widać, że na twoim koncie nie brakuje zer.

Wydawała się tego nie słyszeć. Nie brakowało zer, ale na koncie papy Gastona, Filipa Duponta, który pożegnał już Izrael i odleciał z powrotem prywatnym samolotem do Nowego Jorku. Anka nie chciała być jednakże królową w murzyńskiej rodzinie — a może po prostu było jeszcze za wcześnie, aby się na to mogła naprawdę zdecydować.

— No, możesz odpychać — rzuciła z lekką nutą wzgardy w głosie, jakby Paweł był zatrudnionym do utrzymania basenu pracownikiem fizycznym lub służącym w jej wykwintnym apartamencie.

Lekko pchnięty materac odsunął się od brzegu i obrócił o kilkadziesiąt stopni, a Paweł mógł się wreszcie podnieść i wyprostować. Pomachał jej błazeńsko ręką, żegnając ją tak, jakby odpływała gdzieś daleko, może na inny kontynent. Do drugiego brzegu było ze dwadzieścia pięć metrów, ale mógł sobie wyobrazić, że to cały niezmierzony Atlantyk. Przeobraził w myślach rosnącą po drugiej stronie palmę w dumną Statuę Wolności, a nadmuchiwany materac z kaczorem Donaldem w znaczny statek pasażerski. Przyszło mu do głowy, że może panna Mierzwińska naprawdę wybierze się do Nowego Jorku. Już w konsulacie amerykańskim z niejakim zdumieniem odkrył, że dyrygowała czarnym seniorem i jego udanym synalkiem jak chciała.

— Ach, gdyby tam faktycznie się wyniosła i już więcej nie wróciła... — mruknął pod nosem, kładąc się z powrotem na ręczniku i zabierając do lektury Nowego Testamentu. Jakiś cichy figlarny głosik wydawał się z nim nie zgadzać: „Baba z wozu, koniom lżej? Nic z tego. Nie licz na to, stary. One zawsze wracają!” Jego spokój nie trwał długo. Przeczytał z zadumą ze dwie stronice z Ewangelii według świętego Marka i usłyszał, że Anka niecierpliwie go przywołuje. Przybywała zza Atlantyku i musiał udać się na nadbrzeże portowe, by ją entuzjastycznie przywitać w rodzinnym kraju. Cóż to dla niej było tych kilka tysięcy mil morskich? Przybiła do barierki i chciała się wydostać z wody.



top
 

Związek Literatów Polskich