Członkowie Oddziału

Rzeszów

Preambuła statutu ZLP


Związek Literatów Polskich jest zawodową organizacją pisarzy. Jego członkowie, w swojej twórczości i działalności, nawiązują do humanitarnych tradycji myśli ogólnoludzkiej, które w kulturze polskiej zawsze były zespolone z troską o dobro kraju i narodu. Kontynuacja tych tradycji oraz wszechstronny rozwój współczesnej literatury polskiej stanowią przedmiot starań i pracy wszystkich członków i władz Związku Literatów Polskich.



Związek Literatów Polskich

Menu

BARBARA MAZURKIEWICZ



Barbara Mazurkiewicz

Redaktor naczelny dziennika E-Literaci.pl, koordynator kultury, wydawca, poetka, felietonistka i fotografik. Laureatka nagrody zarządu Oddziału ZLP w Rzeszowie i serwisu literackiego E-Literaci.pl. Wydała 8 tomów poetyckich, tom prozy i sztukę teatralno-filmową. Jej wiersze można znaleźć w serwisach internetowych, tygodnikach prasowych oraz w międzynarodowych publikacjach antologii.

Od września 2012 r. współpracuje z Niezrzeszoną Grupą Polonii w Niemczech i w Holandii. Od czerwca 2013 r. piastuje stanowisko Dyrektora Kulturalnego na Polskim Festiwalu Pieśni, Piosenki i Poezji Patriotycznej „Bogu i Ojczyźnie” im. Ks. Kardynała Władysława Rubina w Lubaczowie.

Organizuje: warsztaty literackie, spotkania autorskie, wystawy i wernisaże, również swoich prac. W latach 2011-2014 piastowała stanowisko członka Komisji Rewizyjnej Zarządu Głównego ZLP w Warszawie oraz członka Sądu Koleżeńskiego ZLP w Rzeszowie. Członek Stowarzyszenia Autorów Polskich w Warszawie i Stowarzyszenia Literackiego „Witryna” w Stalowej Woli. Laureatka wielu konkursów poetyckich. Ostatnio, jej wiersze ukazują się w międzynarodowym czasopiśmie literackim „New Mirage Journal” (New York).

Napisała kolegom po piórze do tomików poezji ponad 50 posłowi. Jest wydawcą kilku antologii i kilkunastu zeszytów literackich dla dziennika internetowego E-Literaci.pl.


Kontakt elektroniczny

nitka_2@wp.pl



W świecie poezji

Barbara Mazurkiewicz

List do Świętego Ojca Jana Pawła II

«Bądźcie świętymi, ponieważ Ja sam jestem święty»

Nie potrafię napisać dla Ciebie epitafium.
Pamiętasz biskupie Karolu, kiedy do stóp sypałam Ci kwiaty w Lubaczowie? Później, podążałam tymi śladami.
Od Wadowic ku papieskim ołtarzom, w deszczu i pod wiatr, w słońca spiekocie — na kolanach, wspierałeś Ziemię zapuszczając korzenie wiary.

W brzydocie tego świata, umiałeś budować mosty na pograniczu dobra i zła.
Pogodą ducha, na przekór zwyczajom przekraczałeś progi ludzkich możliwości.
Dałeś wiarę swym odejściem z tego ziemskiego padołu, że życie tutaj się nie kończy. Żeglarzu niestrudzony, nadal prowadzisz ster ufnie w godzinach jeszcze nam nie zapisanym.

A może mi odpowiesz na nurtujące pytanie, czy są w Niebie wolne etaty
dla artystów na czas nieokreślony?
Wciąż żyjesz w rozdziałach mojej duszy, czuję Cię blisko, że słyszysz — obiecałeś, liczę na Ciebie Święty Ojcze, na Twoje miłosierdzie ponad moje zrozumienie.
Oddaję Ci moje małżeństwo, rodzinę i dzieci. W chwilach słabości — umacniaj, by nic nie musiało być na wspak.
Wiesz, co kryję w sercu — znasz moją samotność i wszystkie zranienia — odrzucenia, osądy i upokorzenia. W dniu dzisiejszym, podniosłeś mnie i opatrzyłeś rany — Mój Aniele doskonały.
Amen.


W Lubaczowie 27 kwietnia 2014


Gierki

Najpierw Bóg dał mi wszystko,
teraz kosza.
Boję się tego, co nazwał życiem.

Lepiej się sobą dławić
niż pokazać łzy komukolwiek.
Spadają obrazy na widok modlitwy.

Ciemność przysłania niebo —
dyskryminacja to, czy groteska.
Nie krzyczę, brnę przez gąszcze.


2 czerwca 2012
BaMa

Gdyby nie Ty, nie byłoby komu spojrzeć w oczy

Wiatr głaszcze trawy i włosy —
słucham, co ma do powiedzenia.
Zapachniało poziomkami —
lubię ich smak.

Nadchodzi lipiec złoty i słodki.
Jest mi dobrze —
mam chmury na (nie)pogodę,
burze i deszcze.

A niebo płonie tak nisko nad nami,
życie pędzi na zachód —
bez Boga nie ma szans.


22 czerwca 2012
BaMa

I am what I am

Chciałam być chirurgiem
i ciąć gdzie popadło
ale nie umiałam podążyć za ideą
Chciałam być też filozofem
lecz myślałam wbrew zasadom

Czasami chwytam cienie
tworząc z nich teatrzyk lalek.
Czasami mówią o mnie niesłychane
rzeczy, a nawet do sądu podali

To spadek genetyczny
nawet zdublowany
roztropność ojcowska
i charakterek mamy
Wszystkiemu jest winien piąty lipca
no bo rak by nie był rakiem
gdyby nie miał szczypiec


3 lipca 2012
BaMa

Jedwabna pora roku

Ciepłe domy mają błękitne oczy
i anielską cierpliwość.
Ludzie przyklejają do szyb swoją obecność.

Grudniowe noce są takie bezkresne.
Szemrana wiatrem wywijam orły —
wietrzeję, dławiąc się powietrzem.

Śnieg skrzypi żałośnie pod wygarbowaną skórą.
Mróz wbija ostre zęby gdzie popadnie.
Ptaki przymarzły do koron drzew.

Hibernuję.


9 grudnia 2012
BaMa

*Love story

W andrzejkową noc nie mogłam za tobą nadążyć,
z witryn sklepowych wyłapywałam jakieś uśmiechy.
Mówiłeś, że jest to miasto wróżbiarzy i lunatyków.
Wypełźnięcie z kina było początkiem zabawy.

Usnęły hałasy i tramwaje,
bo nikt nie odjeżdża tak wcześnie.
Droga powrotna była kręta i długa.
Padał śnieg na ciebie i moje rzęsy.
Zdejmowałeś słowa z ust — „snobku”.

Powiedz, że to nie fałsz,
że nadal potrafimy się cieszyć jak dzieci.
Wiesz? Albo nie mów nic — posłuchaj
jak bije dzwon — mojego serca.


28 listopada 2012
BaMa

SIANOKOSY

Pod lasem rozbrzmiewają kosy,
a nad łąką motyle udają aniołki.
Upał, jakby sto diabłów rozpaliło kocioł
Omdlewają trawy, kładą się pokosem.

Bąki nabrzmiałe żyją na kobylim zadzie.
Ludzie o twarzach brązowych,
być może nawet świętych —
nabożnie grabią w niedzielę.

Siano się wydłuża, pręży —
czyni wonny zamęt.
Stogi i stożki pochwalone bądźcie
ku chwale boskiej!

Czemuż to ubodzy w Tobie,
zbożnie ryczą „Oremus”, kiedy ręce
ich brudne od zjadania chleba —
potem go depczą śląc nieustanne
biadolenia.


W niedzielę, 1 lipca 2012
BaMa

Potykam się o niebo w kałużach

Nie stworzyłeś mi Casablanki,
Buenos Aires też odpłynęło w zapomnienie.
Nawet nie wiesz jak pachnę latem ziołami —
tyle czasu miałam na szaleństwa i uniesienia.

Stoję daleko od pociągów, myśli falują
i nie wiem czemu porywa mój parasol.
Rozplątuję włosy, przyglądam się sukienkom —
wyglądają , jakby były używane przez cudze palce.

Jesień okrada drzewa z liści, nas z sentymentów.
I znowu włóczy się za mną brudne miasto,
trzyma za dowolną rękę, bo ty wolisz te swoje
matrony, które się perfekcyjnie pieprzą.

Zatrzymałam świat w bardzo czułych wersach.
Jest już mi wszystko jedno i tak nie byłeś idealny
Teraz będę śniła swój Paryż, jeszcze nienazwane miejsca.
Bo widzisz, nie lubię czekać w tych samych gzymsach.


17 października 2012
BaMa

Redditch

Śp. bratu Markowi

Odnalazłam to miejsce — nie było ciebie,
chociaż o cały rok wyprzedziłam śmierć.
Niepokojąco puste miasto o tej porze —
bynajmniej się nie duszę w bezsłonecznej
krainie, gdzie gwiazdy umierają przedwcześnie.

Mury wessały ludzi. Nie zasypiaj póki jestem
w świecie wiecznie niewierzących flegmatyków.
Nadal szukam — rozwijam zmysły i metafory.
Rosną wspomnienia, giną śmierdzące fakty —
zacierają się ślady. Teraz posadzono tutaj róże.


30 sierpnia 2012
BaMa

Są rzeczy

których nie rozumiem,
albo wolę o nich nie wiedzieć,
niedowierzać.
Dojrzewam, gdy wtóruję mewom
i morskim szantom.

Fale nęcą, unoszą się
i opadają, tracąc ciężar.
Stoję uderzeniom naprzeciw,
smakuję własne zmęczenie —
zmywam z siebie
ciebie.


Barbara Mazurkiewicz
wyróżnienie honorowe — „Wrzeciono 2012”.

„Z popiołu powstanę płomienna”

Nie upilnujesz mnie,
znowu podeptałam całun.
Czyżbym wzbudzała strach?

Grzechy jak nietoperze zawisły
mysią głową w dół.
Dlaczego ich nie pojmuję,
jestem jak nirwana.

Po mistrzowsku umieram —
diablo rzeczywiście.
Dają w pysk i każą drogo płacić.
Za dotyk i krew.
Wracam
w tą samą skórę i krzyk.

Ona patrzy spod kościanego kaptura.
Żarłoczna szata powiewa.


2010-03-05

Przed snem, widzę rozstanie

Chroń, Panie, wątłą mojej duszy zieleń...
L. Staff

Moje życie jak światło, które zanika
w bezdźwięcznych obrazach.
Cieniem skulona, staję się coraz
bardziej oszczędna — tworząc proces
spadania.
Nie zauważasz, że zostało nas
jeszcze na kilka spacerów.
Sypiam z otwartymi oczami;
aby nie przegapić czego dawno już nie ma.

Milczysz, niczym święty, a ja próbuję
zamknąć zimne kolory,
jak obiady na które się spóźniasz.
I nie chowaj rąk w kieszeniach.
Z tego co mi dałeś,
buduję pomnik na godzinę rozstania.


18 lutego 2010, 15:44:25

Wiersz dla dziewczynki

Nie otwieraj, nie wychodź — Cyganie porywają, a za kominem
na niegrzeczne dziewczynki czatuje pliszok. Drżała, czekając
na domowników: Aniele Boży, stróżu mój, ty przy mnie uklęknij,
tu, w kąciku, bądź!..


Gwar — wśród drzew wirowały baloniki, dzieci klekotały
drewnianymi motylami. Pijany Stasiu odgrażał się:
Za blisko nie podchodźcie, bo oddam myszom na pożarcie!

Nie ma tu dzieci biegnących z żabami, wyskrobanymi patyczkiem
z bruku. Na fotografii dumnie sterczy antenka
znienawidzonego beretu — dziś w kolorze sepii.


Grawitacja

Uwielbiam zrzucać winy,
jak całodzienne ubranie.
Być naga, mówić do siebie,
oskarżać i wybaczać.

Milczysz swą mądrością,
nie widzisz jak pęcznieją usta.
Od dawna szykuję nieprzemakalny
płaszcz — na cały ten żywioł.

Żeby zabić nudę — nastał sezon
niedopitych szklanek.
Kopiesz pode mną krzesło i wyprowadzasz
wyjściem awaryjnym z piętra.


Przygotowana

Zapisałam się na kurs latania — trudno oddychać pod prąd
ostrego powietrza. Na oddziale rozpylili eter, bo w szpitalu,
żeby wybudzić sterylne myśli, zawsze coś, kogoś boli.

Światło rozetnie skrzydło ćmy, gdy wszystkie ważne sprawy oddam
w precyzyjne palce, które z miłością obejmą bezwładne ciało.

Jeszcze tylko ostatnia wieczerza — dwie kanapki z serem
i czopki glicerynowe, potem post: sza! proszę, zabierzcie
nóż, poczekajcie chwilę. Odlecę, zanim ludzie w maskach
najczulej otulą mnie pierwszą warstwą gazy.


Czas rozpamiętywania

Przyleciałam wieczorem — właśnie zaczął
się weekend. Mały pokój na strychu z oknem
na ocean nie był nam potrzebny.
To była nasza wyspa.

Żaglom rosły brzuchy, gdy zdzierałeś ze mnie
sukienkę. Teraz dotykasz na odległość
kilkuset mil. Odwracam głowę; kołują
utracone chwile.

Boli, jak rana po cesarskim cięciu.
Wypijam kolejną kawę na niespanie,
słuchanie — coś mi podpowiada, że dojrzałam.
Jeszcze nie pora na podobieństwo do świętych
matek.

Nauczyłam się ufać ciemności;
w niej mogę zmieścić wszystkie myśli, nawet
z dzieciństwa — bałam się kiedy gasły latarnie.

Tutejsza cerkiew, nadal straszy szczerbatymi witrażami.
Pachną żywicą karłowate sosny potrząsane wiatrem.
Właściwie nic się nie dzieje — tylko przybyło
bezpańskich psów.


Wiersze wiatrem podszyte

Ktoś posadził białą różę,
szumiały nad nią wysokie drzewa
Targana wschodnim wiatrem,
chowała się w soczystej trawie —
by nie uschnąć lub zginąć inaczej.

Wieczorami wylewały się na nią barwy
zachodzącego słońca. Mijały lata,
a ona rosła — wsłuchując się w melodię
ogrodu. Każdej jesieni ogrzewały kolory czerwieni.

Z biegiem czasu — straciła pierwszy płatek,
potem kolejny i kolejny…
Kiedy zabrakło płatków —
zaczął padać rzęsisty deszcz.


***

Lubiła z nim patrzeć w horyzont,
kiedy powracały do portu łodzie.
Zapełniało się nabrzeże mnogością ryb,
a on bawił się, ucząc rozpoznawać gatunki.

Wieczorem, roznosił się zapach tradycyjnie
pieczonych bananów i placków.
W tajemniczym półmroku lamp
naftowych ucztowali do rana.

Nadszedł czas pożegnania z krainą,
której bez nich nigdy by nie było.
Pokazał jej jak rozpala się serca,
jak zamyka w objęciach czarny ląd.

Nie lubi samotnie patrzeć w horyzont
kiedy są daleko od siebie. Łodzie nie wracają.
Cisza taka, jakby morze nie istniało.
Jakby nie wydarzyło się nigdy nic.


 

Związek Literatów Polskich