Wydarzenia kulturalne

Rzeszów

Preambuła statutu ZLP


Związek Literatów Polskich jest zawodową organizacją pisarzy. Jego członkowie, w swojej twórczości i działalności, nawiązują do humanitarnych tradycji myśli ogólnoludzkiej, które w kulturze polskiej zawsze były zespolone z troską o dobro kraju i narodu. Kontynuacja tych tradycji oraz wszechstronny rozwój współczesnej literatury polskiej stanowią przedmiot starań i pracy wszystkich członków i władz Związku Literatów Polskich.



Związek Literatów Polskich

Menu


Zapis 2020


Mieczysław A. Łyp
Lamentacja


Kamienna cisza
depcze miejski bruk
i tylko słowa
jak kamienie lśnią
w modlitwach

Czarna noc czarny cień
trwogą dnia
i trwogą
naszych spraw człowieczych

I taki los
i takie trudne dni

I jaką drogą iść
gdy każdy trakt
ku zatrutym wiedzie studniom
a geniusz śmierci
przechodzi obok nas
przez wiosenne lasy i ogrody


Mieczysław A. Łyp
W moim ogrodzie


W moim ogrodzie w moim ogrodzie
szarość i cienie snują się co dzień
wirus niecnota
stoi u płota
potem odchodzi

W moim ogrodzie w moim ogrodzie
Mehoffer ważkę wypuszcza co dzień
skrzydła jej złote
płoszą tęsknotę
Strach się łagodzi

W moim ogrodzie w moim ogrodzie
widzę, że właśnie wiosna nadchodzi
Wybucha bzami
i konwaliami
Radość przywodzi

W moim ogrodzie w moim ogrodzie
odrodzę się jak wszystko w przyrodzie
Zabłysnę liściem
Jutrzenki przyjściem
Snem o zachodzie


Mieczysław A. Łyp
Nowa nadzieja


W zapachu kwitnących sadów
W ciszy serca migotaniu
każde z nas wśród wiosny śladów
myśli ciągle o spotkaniu

Ale w jakie z tobą pójść mam strony
gdy świat dziś tak smutny i zamglony
gdy brakuje mi ciepła i słońca
a tę podróż chcę przeżyć do końca

Zostawmy trwogę strach bezmierny
Ponieśmy światłu swój los wierny
W naszym ogrodzie rozkwitnie kwiat
Błękitem znów rozjarzy się świat

Ale w jakie z tobą pójść mam strony
gdy świat dziś tak smutny i zamglony
gdy brakuje mi ciepła i słońca
a tę podróż chcę przeżyć do końca


Maria Stefanik
Spłoszeni


Zamknięci w tragicznej wiośnie
obojętnością twarzy
osaczeni śmiercionośną statystyką
bez wyjścia po życiodajny tlen -
powtarzamy codzienność dni
lamentacją Hioba
grzebiąc tydzień kolejny

Spłoszeni na swojej planecie
wolnością wirusa
nieczystych ludzkich rąk
w łańcuchu dumnych serc -
nie znamy dnia klepsydry
zatrzymania szybkiej śmierci

W oczekiwaniu
po świętość nowego wymiaru
oczyszczeniem świata
w sadzawce Siloe


Maria Stefanik
Wielki Tydzień


W obecnym roku
wcześniej rozpoczęty -
drogą krzyża śmierci Jezusa
i tak liczną człowieka
w milczących twarzach
przy pustych kościołach -
opasani światową chorobą

W godzinach męki
ciemności konania
przyklęknij samotnością
w Ogrodzie Oliwnym
na Wzgórzu Golgoty
żałobą ziemi

Może odczujesz
duchowe cierpienie
ciężar sumienia
ukryty lęk
nie zjawi się przy krzyżu
hałaśliwy tłum -
zastąpi duchowy lament pokory

Wiarą w Zmartwychwstanie
pod grotą nadziei


Krzysztof Kołtun
WIELKI PIĄTEK Z PANDEMIĄ


Szare skały, zimne
leżą pod amboną
- nikt jej nie używa.
Martwe drzewo
a tak rodziło, wiekami.

Wyniosą po cichu
martwe ciało
- zza krat ciemnicy.
Biczowane przez Żydów,
wleczone na Kalwarię
- bez opamiętania.

Za zamkniętymi drzwiami
położą bez kołatek.
Żeby nikt nie skarżył,
nie wołał – Królu,
pozostań z nami!

Ciszy, nakładą pod kamienie
- ciernie u nóg,
bicze, włócznia, trzy gwoździe.
-Zostańcie w domach!
Będą wołać do tłumu.

Droga pusta, cisza
z przestrachu się stała.
A tutaj w bieli, tyle Aniołów
welon i płacząca Hostia
- za chrześcijańskie dusze.


Ryszard Mścisz
Bóg z pustego kościoła


pusty kościół niósł głos między nawami
na witrażach malowała się zaduma
Bóg nie zachowywał odległości wciąż
był blisko mury ani zarazy nie mogą nic
przeciw niemu podawał upadającym rękę
bez rękawiczek zachował twarz bez maski

msza na odległość obraz którego nie można
dotknąć niczym tęsknota co rośnie w czasie
rozumiem niewierny Tomaszu dotyk jest
jak obecność niekiedy wszak muszą wystarczyć
smutne objęcia oczu

dzwony Zmartwychwstania rezonują
w nas nie ma kwarantanny od Boga
bywają dni gdy przychodzi próba
zapominając że nie wypada w święta


Ryszard Mścisz
Pandomia


wiersz nie zabija koronawirusa
daje krótką kwarantannę od niego
gdy się rodzi
poezja potrafi zarażać ale nie uśmierca
objawy nie są zbyt uciążliwe odosobnienie
dobrowolne nie wymaga strażników

pisałem kiedyś dom mój azyl
nie wiedziałem że może mieć coś
z więzienia
zamyka razem z bliskimi
ratuje przed śmiercią chorobą
roznoszeniem zła
a jednak wnika do niego ból
przez okno na świat

wirtualny świat może być
bliski dawać radość jeśli
nie jest jedyny przymusowy
nie podaje nieuchwytnej ręki
obecności nie czyni obrazem

ręce zniszczone od mycia
jak u Lady Makbet a przecież
nie brały udziału w zbrodni
chciałyby uścisnąć wolność przekazać
znak spokoju w świątyni życia


Małgorzata Żurecka
Hart Island – samotna wyspa


I wykupili kapłani
pole garncarza
za judaszowe srebrniki
i urządzili tam cmentarz dla obcych
śmierci za śmierć zapłacili.

Dziś Hakeldama,
pole garncarza
żłobi koparka
na wyspie samotnej
grabarze więźniowie
w białych uniformach
czarną ziemię zsypują

na serie trumien
nowojorczyków
rażonych śmiertelnym wirusem:
tych bezimiennych
bezdomnych
ubogich
niechcianych
i emigrantów
nielegalnych

z dala od miasta
w zbiorowym rowie
trumna przy trumnie
jak skroń przy skroni
ptak im zaśpiewa
i kamyk o kamyk
na brzegu im zadzwoni.


Anita Róg


kiedyś mówiłam
że zostają z nas tylko resztki
dziś nie jestem pewna
czy cokolwiek z nas przetrwa
czy brzdęk monet które wypadają nam
z kieszeni na posadzkę
jest słyszalny w jakimkolwiek świecie
czy nas jeszcze
w obecnych czasach
stać na święty spokój
albo czy nasze bogactwo można
wymienić na walutę mniej zdradliwą
niż srebrniki

i nie wiem czy mam cień szansy na przetrwanie


Anita Róg


postanowiłam się nie przemieszczać
ani w twoje prawo ani w moje lewo
ani nawet w nasze prawo

nie przesuwać się ani o centymetr
w stronę której nigdy nie dane mi było
porządnie obejrzeć przekręcić przeczytać

nie wychylać się
nawet na krok
poza własne ograniczenia

nie nabierać zbyt wiele powietrza
ani nie kupować nic na zapas
gromadzenie zapasów grozi dziś wyginięciem

szkoda że nakazy
wcale nie naprowadzają
na właściwe ścieżki


Anita Róg


jesteś mi potrzebna
żeby mi powiedzieć że świat
wcale nie kończy się za 3 6 5
za 3 1
za 7
za 6 0
za 3
2
1…

jesteś mi potrzebna aby
mnie przekonać że nie muszę
bać się wielkiej suszy
gdy już nie mam z czego czerpać w duszy

jesteś mi potrzebna
aby mnie przemilczeć
na czas wielkiego chaosu hałasu
i pandemicznego strachu

jesteś mi potrzebna
aby mi rozwiać wszystkie
wątpliwości o tym co będzie
nie myśleć o chwili w której odejdę

jesteś mi potrzebna
na już na gwałt na zaraz
a może nawet na zarazę
na tęskne zawołanie

jesteś mi konieczna żebym
nie doszedł do wniosku że wariuję
kiedy zbyt wiele czasu w izolacji
świeci pustkami mi przed oczami


Teresa Paryna
Kiedy przekwitną czarne kwiaty


Stój.
Nie podchodź!
On tu jest –
czai się w oddechu,
klei się do rąk.
Między nami
dwa metry życia
i góra lęku…

Musimy się rozejść
w naszą samotność.
Niech prowadzą nas
wiara, nadzieja i miłość!

Kiedy już przekwitną
czarne kwiaty tej wiosny,
zatańczymy razem
na zielonej łące
taniec życia,
taniec zwycięstwa!


Teresa Paryna
Nadzieja nie umiera


Zostań w domu –
inni mają gorzej
po rzęsy zanurzeni w lęku,
wciśnięci w kombinezon
niepewności…
Czy i tym razem się uda?
Na pustych ulicach
zapach wiosny miesza się
z zapachem śmierci.

Czym są teraz wysokie salony,
napuszone elity? –
runęły plany,
padają złudzenia,
trzeszczą w szwach teorie…

Czy to początek
nowej normalności
z respiratorem i maską?

Zostań w domu –
nareszcie masz czas!
Napraw co zepsute.
Nadzieja nie umrze.
Obiecuje, że już wkrótce
zdejmiesz rękawiczki
by założyć pierścionki.


Stefan M. Żarów
Wiersz w czasie pandemii


pochylonego pochłania przyciąganie
grawitacja
wibrowanie SARS-CoV-2
myśl
zniewolenie
nieskończoność
biopole przenika kąciki istnień
strukturę materii
paraliżujący strach
wyzwanie ciasnych pomieszczeń
otwartych przestrzeni
nasączenie przypadkami
człowiek zawirusowany przekaźnik
wyzuty z przymiotu duchowości
tożsamość zatraca pozytywny oddźwięk
skażone podawanie dłoni
bliskość
obwarowane granice ciążenia tkanek
dotyk klawiatury osobistego komputera
bezpieczną międzyludzką bliskością
O ironio!


Stefan M. Żarów
Szlaban przedwiosenno-pandemiczny


świszczący oddech
brama przejścia
puste popękane drobiny powietrza
wypełnia mętna woda
znad świętej rzeki Ganges
śnięte marzenia
ukoronowane bezdechem
czerwona strefa przepełniona pustką
limitem przyspieszonych zdarzeń
uwstecznionych istot
wirus przenikający przedwiośnie
przyobleka cierniem
wzrastające kwiaty
na bruku wspomnień o elegiach Owidiusza
na pustym bruku
stygnące odciski życia
znamiennie pobrzmiewają słowa Liwiusza
,,Wierzcie temu, który sam doświadczył”
O ironio!


Lesław J. Urbanek
Wiosna 2020


Gdańsk się spowił pustką wszystkich miast świata
w jakimś niepokojącym milczeniu starych kamienic
śledzone ich zalęknionym wzrokiem
chyłkiem przemykają opustoszałe ulice
jakby same przestraszone sobą
i ani rześkie kwietniowe powietrze
ani jaskrawość słońca na pięknie błękitu nieba
nie ugasi lęków placów skwerów i parków
ani trwogi zaryglowanej w ludzkiej duszy

Gdańsk się pustką spowił miast wszystkich świata
w jakimś milczeniu starych kamienic niepokojącym
strach zawsze jak szczury wychodzące z ukrycia
z głębin umysłu wyrasta bez uprzedzenia
i nawet nie zauważamy jak powoli nas obrasta
przyszło nam żyć w takich dniach
gdy każdy z nich pożera kolejne ofiary
jakby w święta wielkanocne umierała planeta
i życie się bawiło w przemijanie wszystkich kolorów

Gdańsk wszystkich miast świata pustką się spowił
w jakimś starych kamienic niepokojącym milczeniu
w rozdygotanej gęstwinie myśli bunt się rozpełza
spłoszonych nagłym warkotem śmigłowca ptaków
szykujących swoje gniazda do lęgów
lecz dadzą się oswoić z czasu biegiem lęki
i nowa jasność znów ziemi nastanie
z bólu na nowo wiersze wykiełkują
i nadawanie imion się rozpocznie


Lesław J. Urbanek
Ludzie chodzą w maseczkach ochronnych


biel mew szybuje wysoko odcinając się wyraźnie od szafiru nieba
pogoda sprzyja i mimo chłodu słońce kompensuje prawie wszystko
wiatr delikatnie kołysze śnieżnobiałe kwiaty magnolii
jak niewinne uśmiechy dziecięcych twarzy a wkrótce zakwitną bzy
słychać śpiew kulczyka pleszki i piękne trele kapturki
z kościelnej wieży dobiegają piskliwe pokrzykiwania pustułki

za klasztornym murem ludzie chodzą w maseczkach ochronnych

przysiadam na chwilę na jednej z kilku pustych ławek w ogrodzie
z widokiem na niewielki staw gdzie ptaki gaszą pragnienie
wyjątkowo pojawiają się kaczki krzyżówki i zażywają kąpieli
po trawniku rozlewa się biel stokrotek
tu i ówdzie poprzetykana żółtymi kleksami mniszka lekarskiego
kwitną tulipany a dzień powoli wydłuża ich cienie

za klasztornym murem ludzie chodzą w maseczkach ochronnych

ogród jest jak wyspa nad którą wisi zachwyt kawałka niebios
do karmnika wciąż przylatują bogatki modraszki mazurki i wróble
wśród krzewów odzywa się piegża szczygły i przemyka rudzik
w trawie żerują kosy kawki grzywacze sierpówki i gołębie miejskie
zdarza mi się niekiedy zagadać przez chwilę do gołębi
chociaż one wcale nie są skore do rozmowy

za klasztornym murem ludzie chodzą w maseczkach ochronnych

dzwony miejskich świątyń odliczają wytrwale czas
czuję niepewność jak winobluszcz na niszczejącym murze
może wrócą jeszcze chwile radosnych uniesień
i życie jak wiersz którego nie rozumiemy
przemówi czułym szeptem niewidzialnego
i wprawi nas w niepojęte zachwycenie

za klasztornym murem ludzie chodzą w maseczkach ochronnych

Gdańsk, w czasie pandemii, kwiecień 2020


Szymon Halko
Kwarantanna


Zadzwoń do mnie jeśli mnie potrzebujesz
Nieważne co robię
I gdzie oddechem jestem
Gdzie odbicia swoje mam
Odezwij się
Nieważne że mam problemy
Nieważne czy jestem na ciebie zły
Jak ułamana gałąź czereśni
Kaleki od tęsknot
Czekam w tej przestrzeni
W czasie pełnym strachów
Przy smutnym stole zapełnionym pustką
W sklepach z notorycznym brakiem makaronów i mleka
W dwumetrowych odległościach
I kurczliwością źrenic pozlepianych lękiem

Choć między nami ocean
Czekam na ciebie
Rozdzielam świat
W podwójnej źrenicy
Gdyby nie ta ciemność
Umiejętność odłamania świata i czasu
Oszalałbym od kwarantanny istnienia

Nie ważne czy śpię
Nie ważne, że sam mam swoje problemy
Choć między nami ocean
Zadzwoń do mnie jeśli mnie potrzebujesz


Barbara Mazurkiewicz
W negacji istnienia


Wnikasz w moje i niemoje sny,
jakbyś chciała coś nam przekazać -
mogłabyś jeszcze nauczyć czytać.

Nastały zgrzebne dni,
bo na ulotność słów brakło.
Deszcz nie przywraca świeżości.

Bóg został sam w kościele,
a my boimy się umierać
bez namaszczenia.

Wypuszczamy troski
przez niedomknięte okno,
bo nie umieją żyć w zgodzie ze mną.

Cisza wiatrem łka,
pączkuje zaraza -
Mamo, czy to już czas?

W podręcznej apteczce
szukam tabletki na nieumieranie,
trwożnie stąpam po spadających żywiołach.


Barbara Mazurkiewicz
Między goryczą a nadzieją


Ludzkość nie chce wierzyć,
że ciemność i martwe ptaki
runą na twarze - dusi kasłanie w sobie.

Coraz trudniej oddychać w tej ekolandii.
Już nie wychodzą tłumnie na drogę
z krzykiem: tyś jest Szymon z Cyreny.

Ty Panie ciągniesz za sobą drzewo,
silniejszy niż kiedykolwiek -
nie o grzechy pytasz, lecz o miłość.

Tamte obrazy wygasają powoli,
oddala się krzyż Wielkiego Piątku,
ponawiam prośby w obliczu pandemii.

Nie wzywam Twego imienia nadaremno,
chciałabym tylko, abyś usłyszał rozżalonych
i uciszył dusze, jak uciszyłeś gołębie.


Barbara Mazurkiewicz
Sztuka koncentracji


Wysłuchuję przestróg synoptyków.
Obrany azymut został zburzony -
senny dzień za bezsenną noc.

Ucichły protesty, życie smakuje
jak odgrzany kotlet –
zresztą jakie to ma teraz znaczenie.

Wije się ciało, popada w apatię.
Chwilowo zaplombowana –
mogę się sprzeczać w kwestii jutra.

W TiVi trup, zaraza, trup zaraza…
Lodówka gada, puchnie i się napina –
ileż można żyć w tych warunkach.

Gdzie zatrzyma się klocek domina.
Złości i szarpie zawszony bies –
spycha człowieczeństwo na margines.

Czy padnie rekord, czy starczy nas,
by nakarmić pandemię –
kto wyobrażał sobie Apokalipsę?


Barbara Mazurkiewicz
Dusząc kasłanie w sobie


Jakiś wariat staje w oknie
i motywem trafionego albatrosa
z trzaskiem ląduje na bruk.

Posypały się kryształy
naocznego świadka -
imienia nikt nie zapamięta.

Nic się nie zmieniło -
odwieczny Chrystus, wino i chleb.
Zachybotał dzwon samotnie.

Tłum nie wyszedł z krzykiem -
oparci plecami do wiary,
odgadujemy kto kim jest.

Poza świętymi murami,
zdajemy egzamin
z bezmyślnie podjętych kroków.


Krzysztof Kwasiżur
ZŁY WIERSZ


Nie wiem czy wiesz,
znów wiersz napisałem
w którym puste ulice,
puste są miasta całe,
na skwerach, ani starówkach
nikt tam się nie śmieje,
echo gołębi furgot niesie
i zgrozą zewsząd wieje...
Sen kiedyś skończy się zły
i wyjdę ci naprzeciw,
wszyscy wyjdą na ulice,
ze szkół wybiegną dzieci.
To zły wiersz był,
nie mów o nim nikomu,
ale to tak realne było,
proszę zostań w domu...


Andrzej Talarek
Pierwsza kohorta


                    Prosto do nieba czwórkami szli
                       KI Gałczyński


dzisiaj
władza ukoronowała pierwszą kohortę skazańców
dwa tysiące lat temu ukrzyżowała by ich
pięćset lat temu spaliła na stosie
siedemdziesiąt i siedem wytruła cyklonem
albo spalinami diesla
i zostali by świętymi

ale czasy się zmieniły
życie uczyniono prawem
z Wielkiego Katalogu Praw
człowieka
nic ponad życie
młode i dostatnie

i tak się wydawało
że można żyć wiecznie
bo nauka oszukała Boga
który umarł
przed epidemią

ale z martwych powstaje
przed Wielką Nocą
którą odwołano w strachu
bezwiary

też się boję
nieprzewidywalnego
niewidzialnego

Boga czy Koronawirusa?


Wacław Turek
Teatr Najwyższy


Niemi aktorzy szukający oddechu
w zapadni orkiestra z Tytanika

Ciągną losy
komu zostanie łyk życia
na rozstanie z sobą

Takiej tragedii nie grali
w teatrze tysięcy masek

Kiedy zapada kurtyna
nie czuć
pożegnalnych zniczy


Marek Petrykowski
Z listu do wygrawerowanych


Od świtu pejzaż za murem cmentarza
przesuwał się powoli z kocią lepkością.
Ominąłem zmurszałą czapkę kaleki o drewnianych kulach.
Zerknąłem tylko przez moment zalękniony. Wszak ktoś
mógł nas obserwować zza niedomkniętej bramy.

Na końcu ulicy wypolerowanej na szaro
powoli znikał czubek czyjegoś kapelusza.
Wierzchołki drzew sięgające wyżej,
szły za nim w zgodnym szeregu
z zewnątrz bliskie odbiciom w krzywych lustrach.

Lewą ręką podparłem senny łeb, jednak po drodze
zahaczyłem kciukiem o kolorową czapeczkę tokującego błazna.
Krzykiem zniszczył mój dobry sen.

Nad miastem góry nawiedzane przez nurkujące wrony
rozciągały się ponad szpitalem polowym.
Czasem odrywała się cała przeszłość.
Błazen wciąż krążył. Rdza toczyła Ojczyznę.
Nie wszystko spłukiwał wodospad.

Wróciłem do hermetycznego domu.
Wszystko co miałem wrzuciłem do plastikowej torby.
Były w niej ordery, platynowa korona, dziwne apanaże.
Jednak bałem się spojrzeć na ich monstrualne cienie.


Marek Petrykowski
Apokalipsa według skazanych


Postawiliśmy zakład, czy obronimy się
śpiewem, dialogiem albo żartem.
Czy kpiną wypłaszczymy lęk i groźbę.
Mieliśmy zostać więźniami,
ale nie kazano nam wybierać celi.
Pozostawiono tylko przypuszczenie,
że to nie gra w klasy.

Czas stał się niemożliwy do liczenia.
Nieustannie dochodził do pierwszego wybuchu.
Zegar wskazywał wciąż pierwszą godzinę.
Ziemia zwolniła natrętne ruchy,
zlodowaciała. Unikała nawet
najdrobniejszych fotonów światła,
dźwięków z innego świata.

W ostatni dzień przed powstaniem
byliśmy już tylko ruchem mikrocząstek…
Jednak natura uczyniła cud.
Lądy, wyspy, brzegi rzek ruszyły.

Nareszcie mogliśmy się bronić…


Edyta Pietrasz
Pandemia Koronawirusa


Gorzkimi łzami spływa oblicze świata,
wczorajsze- Ja, żałośnie zawraca.
Czas gaśnie w oczach bezradnych,
wszechobecna śmierć otacza.

Drży powietrze grozą pandemii
przez kontynentów nicość,
w bezkresnym pochodzie,
który nie zna czym litość.

Pokorni w ludzkiej skórze
potęgą wiary żebrzą ratunku,
niosąc ukojenie duszom
targanym ostrzem smutku.

Koronawirusem zwany,
człowiekiem wytraca człowieka,
opustoszałe - sacrum i profanum,
goryczy strumień ,łez rzeka.

Oto szarej ludzkości żniwo
na ołtarzu cierpienia świata.
Za wybrakowaną miłość,
za oziębłość ducha- zapłata.


Edyta Pietrasz
Zostań w domu !!!


Niech nie przeszkadza to nikomu,
że trzeba czasem pobyć w domu.

Można to przekuć w coś dobrego,
i nie tkwić w pozycji człowieka biernego.

Bowiem gdy działać nie dasz rady,
zagraj z dziadkiem w szachy a z bratem w warcaby.

Może babcia wskaże życia sens morowy
na obecną chwilę specyfik gotowy.

Siostrze zaś pomóż odrobić zadanie,
które ma podane na szklanym ekranie.

Wyglądnij gdzie kot wyrusza na łowy
w każdej chwili bytu do pracy gotowy.

I spójrz jak twój pies domu twego strzeże,
przy tym ani grosza od pana nie bierze.

Poznaj więc, że rodzina to jedno serce,
gdy cząstka jego płacze całe w poniewierce.

Na przekór pandemii czyń wszystko z miłością
i stan ten potraktuj z najwyższą godnością.

A gdy normalność do działania cię zbudzi
to będziesz lepszy dla świata i ludzi.

Więc niech nie przeszkadza to nikomu
kto odpowiedzialny - Ten zostaje w domu.


Edyta Pietrasz
Anioł śmierci 2020r


Czarny kir zawisł nad światem,
nieście dzwony jęk do Boga,
anioł śmierci krąg zatacza,
wszechobecna - trwoga, trwoga !!

Ludzkie ciało w niewoli cierpienia,
mości śmierci sen u proga,
rosną krzyże pożegnania,
wszechobecna - trwoga, trwoga !!

Pośród słów zamknięte kręgi
w ludzkich sercach trwa żałoba,
jak wzburzonego morza fale,
wszechobecna - trwoga, trwoga !!

Na drodze krzyżowej świata
w Duchu Pańskim- odnowa,
pójdźmy za Nim a ucichnie,
wszechobecna - trwoga, trwoga !!


Zdzisława Górska
Osobno


Musimy żyć osobno
Znaleźć się w tłumie to zbyt
niebezpieczne
Z widzialnym można walczyć
nawet procą Dawida
Niewidzialny i podstępny
krzyżuje nas i wszystkie nacje
cierniową koroną wirusa
Nie wymyślił tego surowy nietoperz
obwiniony o zarazę
ani wspólnik łuskowiec
Nie przewidzieli oni, my
i inni, że panowanie nad światem
jest chybotliwe
Zbrojenia za wszelką cenę
to zbytek łaski

Zatrzymał się świat jak żona
Lota w lęku
       o życie
Tylko ono ma wartość na Ziemi,
jeśli starczy czasu
          na oddech

22.03.2020, niedziela
Pustka jak w słoiku po kompocie



Zdzisława Górska
Z rozpędu


niebywałego w żadnych czasach
świat nagle przyhamował
jak rozpędzony Pluto z filmów Disney`a

kto jest tak władny
aby nam zakazać latać gdzie skrzydła
pieniądze tlen i paliwo poniosą

kto opanował świat lękiem
jednakowo wielkich i małych
krzywdzicieli i pokrzywdzonych

w wielkim poście sami księża
w pustych kościołach proszą Boga
o litość dla świata

ochłodziło się znów tej wiosny
czy uspokoi to wirusa powstałego
z nietoperza i łuskowca

czy zrodzonego z nienawiści
za siedmioma barierami chińskiej
tajemnicy w Wu-han


Zdzisława Górska
Zbieg okoliczności


Ostatnio jestem lianą, która kurczowo
oplata nadzieję serpentyną zdarzeń
Nie odpuszczam nadziei w myślach,
słowach i uczynkach
      Ludzka dżungla
      ostygła nieco zwalniając
      z konieczności
Nie straszy huk aut, samolotów
zlany w jeden dźwięk i jedną
gonitwę do przepaści
      Przejrzeliśmy na oczy
      oprócz tych, którym oczy
      zamknął wirus
Opatrzność ma środki niezwykłe
Boleśnie wskazuje oczywiste błędy:
wojen, okaleczeń, rozpasania,
głodu niewinnych
      i zachłannych bogactw

      Uwierzymy? Uda się
      jeszcze cudem być
      w odcinku czasu przez
      Znawcę Wszystkiego
      wykrojonym?


Zdzisława Górska
Płatkami białymi


Rozpłakało mi się wiosennie
gdy sucha ziemia prosiła o deszcz
a wirus z koroną przekreślał plany
Śpiewano suplikacje, deszcz spadł
w Tatrach śniegiem zamiotło
To „zimna Zośka” i tarnina
bielą sypie, skądś wie kiedy

Tak mi się rozpłakało płatkami
czereśniowych kwiatów
Sama biel pod stopami na ścieżce
idę jak królewna z bajki
Rój płatków sypie jakby ukojeniem

Na twarzy maseczka szpitalna
obok może gęsto od korona wirusa
Nie wychodzę poza obręb myśli
ani poza obręb mojego ogrodu

Tak się samo rozpłakało płatkami
nad światem moim, całym
i nie ma prawdy o nim...


Celina Depa
Strach w koronie


Zimny dreszcz przemknął
po pustych chodnikach i zaułkach
ciszą ścieląc się na trawniku
lodowatym jęzorem liznął plecy
wzrok ogarnął paraliż
podstępny wróg czuwa by zaatakować
jak kleszcz wbija się w zmysły
strach na wróble w koronie
łopocze dziurawą szatą
a tu życie w rozkwicie rozsypuje płatki jabłoni
miodnym zapachem oblepia maseczki
tylko anioły z firmamentu kościelnych naw
podnoszą nasze skrzydła do codzienności
by nie zastygnąć w odrętwieniu


Edward Bolec
Witaj przechodniu...





Wiktor Bochenek
Przybysz z Wuchan


Ślepy los przyszedł w czarnej koronie
rozpaczą gasi światła życia
fioletem maluje wyrosłe krzyże
płomieniem zniczy suszy łzy
kochające serca najbliższych
niespodziewanie wyrwane z życia
ustają w szponach samotności
na drobne rozmienia się majętność
dobrobyt tonie w morzu potrzeb
wolność w reglamentacji
tolerancja walczy z ksenofobią
w cenie ludzka życzliwość
zbawienna ufna modlitwa
na pokład imponderabilia
tu i teraz czas próby
pełni miłości wiary nadziei
wzajemnej wdzięczności
solidarnej pomocy
ruszamy na sanitarne barykady
hamletowskie być albo nie być
jakże zasadne


s. Dawida Ryll
PO OBU STRONACH CIERPIENIA


Geometria ciała
zestaw przekształceń
na białym prostokącie łóżka

Poooopraaaw

Kolejne zmaganie
z oporną poduszką
katorgą pląsającej głowy

– który to już raz
w mętnej kapsule czasu
wachlowała
skrzydłami powykręcanych rąk
przynaglała
piskliwym wołaniem
zranionego ptaka
anioła uwięzionego w pułapkach
ziemskich figur

Dooobrze – wyszeptała

I coś
jakby uśmiech
właściwość serca
w krzywiźnie ust

punkt styczności
zapiekłego bólu
z balsamem Nieba

wyblakła gwiazda ulgi
w nocy cierpienia

ułamek sensu
ukrytego w równaniu z niewiadomą
po obu stronach czekania

(s. Dawida Ryll - obłożnie chorym
01.05.2020 Warszawa ZOL Caritas)



 

Zapis 2020




 

Związek Literatów Polskich